menu

Szewc-Głodomór („Świat” nr 9, 3 III 1906 r.)

Szewc-Głodomór („Świat” nr 9, 3 III 1906 r.)

W 1906 roku w 9 numerze tygodnika „Świat” ukazał się humorystyczny reportaż poświęcony samozwańczemu ascecie i medium z Pruszkowa, którego ochrzczono przydomkiem „Szewc-głodomór”. Lata 1905-1907 był to jeden z najbardziej burzliwych okresów w dziejach Pruszkowa – trwała właśnie Rewolucja 1905 r. Podobnie jak inne ośrodki przemysłowe w Królestwie Polskim Pruszków i Żbików był sceną masowych wystąpień robotniczych. Strajkowały wszystkie największe zakłady przemysłowe w mieście: fabryka ołówków St. Majewskiego, metalówka Troetzera, wytwórnia pilników Hosera, Warsztaty Kolejowe i wiele innych. Do strajku przyłączali się także uczniowie szkół oraz okoliczni włościanie (patrz: Rewolucja 1905 r. w Pruszkowie). Zaś niespokojne czasy, jak słusznie zauważył reporter „Świata”, sprzyjają pojawianiu wszelkiej maści „fantastycznych teoryi”. Niestety, mimo zamieszczonych w reportażu fotografii domu medium nie udało nam się ustalić, gdzie się znajdował. Jeśli rozpoznają Państwo to miejsce, prosimy o kontakt z Muzeum.

Szewc-Głodomór

Tak, tak… W dziwnych żyjemy czasach. Umysły są dziś nadzwyczajnie, chorobliwie podatne do wszelkiego rodzaju zboczeń, sekciarstw, fantastycznych teoryi, na każdem polu. Ludzie są tak podnieceni, zdenerwowani, tak wyczekują czegoś niespodziewanego, że gdyby się w chwili obecnej zjawił jakiś nowoczesny Cagliostro, Mesmer, albo Twardowski, który przecie nie był także niczem innem, tylko zręcznym szarlatanem, a niewątpliwie i magnetyzerem — to mógłby liczyć na szalone powodzenie, na dziesiątki tysięcy fanatycznych zwolenników, na powszechny obłęd… Szczęściem, szarlatani dzisiejsi nie mają ani siły ani talentu swych poprzedników w kierunku mistrzowstwa czarnych praktyk. Ci, na których patrzymy, są trochę minorum gentinm, czasem nawet obscuri
A jednak i ci budzą zajęcie i niepokój.

Ot np. „Szewc—głodomór” w Pruszkowie. Czytało się o nim w gazetach to i owo. Pisano rozmaicie. Jedni mówili: waryat, inni, że jasnowidzący, znów inni przychodzili do wniosku, że to po prostu: „cwaniak”. Na jedno zgadzały się wszystkie źródła, że szewc-głodomór, jakiekolwiek być mogą jego motywy wewnętrzne a ukryte, gromadził kilkotysięczne tłumy ciekawych z całej okolicy, patrzących ciekawie na jego zamykanie się, pieczętowanie drzwi, lub słuchających z natężeniem jego wyroczni. Można więc było przyjść do konkluzyi, że jednak: coś tam być musi. To wszystko skłoniło nas do zbadania rzeczy na gruncie. Pruszków niedaleko, teren dobrze znany, trudności żadnych, więc—jazda!..

 

Krótki opis różnych kłopotów

Zaraz po wyjściu z wagonu, zaczęliśmy się dowiadywać: gdzie, którędy, i jak? Informacye nie były łatwe. Właściciel najętej bryczki, mającej nas dowieść na miejsce, nie zdradzał skłonności ku rzeczom metafizycznym, więcej zajęty swym kasztankiem i tem, że w roku zeszłym stracił przeszło dwieście rubli na koniach. Zresztą nie wiedział nic. Jechaliśmy, więc polną dróżką na chybił trafił. Napotkawszy babę wiejską, dowiedzieliśmy się od niej, najpierw, że jedziemy w stronę przeciwną, a potem, że:
— Nojlepi się przepytać u japtykorza w samym Pruszkowie, bo on tego sewca w komórce opiecentowoł. On i no- celnik od ziemskiej straży…
Bądź co bądź wpadliśmy na trop. Więc jazda do aptekarza…

Przyjęto, nas nie bez podejrzliwości. Nie należy się dziwić. Czasy bowiem, nie tylko obfitują w fałszywych proroków, ale i w takich, co zbierają składki, niekoniecznie dobrowolne. Rozproszywszy pod tym względem wszelkie obawy, dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że szan. farmaceuta, nie tylko szewca-głodomora nie pieczętował, ale nigdy w życiu na oczy go nie widział. Przytem był tak widocznie znudzony różnemi plotkami na ten temat, że stanowczo nie chciał się do niczego mieszać. Byliśmy więc prawie w rozpaczy.

Na szczęście—i któż śmie twierdzić, że bez nich można u nas cokolwiek zrobić—zjawił się żydek* [komentarz od redakcji poniżej]. On słyszał rozmowę, on zaraz zrozumiał o co chodzi, on się domyślił, że: „te panowie są pewno z gazety”. On wie gdzie mieszka szewc-głodomór, pojedzie z nami, ułatwi, co będzie można, ręczy za dobry skutek, a wszystko bezinteresownie. Wsiedliśmy więc razem na bryczkę i pojechaliśmy już wprost do celu.

Wywiad

W drodze dowiedzieliśmy się jeszcze, że szewc: „kiedy były te strajki i te bidę u ludzi”, rozdawał darmo śledzie i chleb, że na tem dużo stracił i wpadł w kłopoty, że były stąd kłótnie w domu… Potem, — on coś przepowiadał. A na dowód, że prawda co mówił, kazał się zamknąć w komórce na górze, opieczętować drzwi na jakieś „pieczęcie z lakiem” i tam pościł cztery tygodnie. Kiedy miał zejść z górki, zgromadziło się mnóstwo ludu… „może było dwa, może sześć tyszency”… Ale byli tacy, co mu urągali i wymyślali i mówili, że jest oszust. Więc się szewc bardzo rozgniewał i „nazłoszcz” tym co nie wierzą, kazał się zamknąć jeszcze na dwa tygodnie postu i znów pieczęcie przyłożyli….
— A co on przepowiada?
— Cy ja mogę wiedzieć… jakieś tajemnice, cy coś…

Dom głodomora

Przyjechaliśmy na miejsce. Domek skromny, dość schludny, wkoło ogródek, parkanem otoczony. Obejście także dość porządne. Wszystko leży na szczerem polu, obok dróżki bocznej. Na furtce, z krzyżem na wierzchu, przybito dwie tabliczki w dwóch językach, z napisem: „Antoni Markowski Gmina Tworki” . To imię i. nazwisko właściciela, którym jest właśnie bohater niniejszego.—Pierwsze dwa okna na górze zamazane wapnem. Tam właśnie siedzi prorok. Po niejakich wahaniach — powiedzieliśmy, że przyjeżdżamy od pewnego znajomego z Warszawy, który chce się prawdy dowiedzieć—wprowadzono nas do środka. Na lewo izdebka z kuchnią, za nią pokoik, służący za sypialnię i salonik zarazem — wszystko porządne i schludne. Zona: kobieta chuda, w średnich latach, nieco podejrzliwie na nas patrząca. Zdaje się nie bardzo wierzyć w znajomego z Warszawy. Czterech synów: chłopaki od 12 do 4 lat, zdrowe; biedy nie znać po nich. Matka żony, lat sześćdziesiąt kilka, wygląda na 80. Siostra właściciela, panna—tak sobie… Nie byłaby może od tego, żeby trochę zmienić stan.
— A gdzie mąż?
— Na górze, w komórce. Zamknięty. Klucz od drzwi „aż w Warszawie”.
— Widzieć nie można?
— Ale proszę pana, drzwi opieczętowane, przy świadkach. Nikogo nie widzi. Pości. Wziął tylko ze sobą pięć strucli i wiadro gotowanej wody…
— Ale mówić z nim można?
— Może… może zechce.
Poszliśmy na górę. Na lewo pokoik z lokatorami, na prawo komórka z opieczętowanemi drzwiami. Próbuję — zamknięte. Pieczątki istotnie nienaruszone, przyłożone na dwóch przez ramę drzwi przeciągniętych tasiemkach.
Myślę sobie: może go zobaczę przez dziurkę od klucza. Żona, na moje prośby, woła:
— Anteczek, chodź bliżej!..
Słychać kroki. Uklęknąłem i patrzę przez dziurkę. Widzę cień.
Panie Markowski— mówię — niech — pan z łaski swej uklęknie przed dziurką. Nieco dalej… Tam gdzie światło. Trochę na lewo… O… tak!..
Widzę teraz doskonale. Chudy, bardzo szpetny, zarośnięty, przy tem jakby umyślnie rozczochrany; zdecydowany typ mikrocefala, z kwadratowem, wyjątkowo nizkiem czołem i dużym nosem. Prawie karykatura.
Żona pyta: czy ma mówić?
— Niech mówi—odparłem, nie odrywając oka od dziurki..
— Anteczek!..
— Co?
— Mów, to co wiesz…
Zaczął wówczas swoje, monotonnie, a uroczyście, z fałszywymi akcentami:
— Niedługo się wyjaśni tajemnica dwunasta i tajemnica czternasta, więc niedługo wszyscy się dowiedzą, to com mówił u księdza i com pisał… Jak ksiądz ze Skierniewic poda do Watykanu, wtedy się wszyscy przekonają, że prawda co mówiłem…
— Jaka prawda?—pytam.
— Wyjaśni się tajemnica dwunasta i tajemnica czternasta, com opisał na papierze… Co pożyczyłem na to pięć rubli… Bo nasz ksiądz nie miał czasu, ale ksiądz ze Skierniewic poda do Watykanu… wzion pismo i będzie odpowiedź z Watykanu… i wtedy wszyscy się przekonają…
— O czem?…
— Że się wyjaśni tajemnica dwunasta i tajemnica czternasta… z Watykanu…
I tak w kółko. W kółko i zupełnie bez sensu, bez ciągu, bez związku… Nonsens, jednem słowem!.. Tyle jedynie, że mu się przez ten czas dobrze przypatrzyłem…
— Zdjęliśmy potem fotografię z rodziny, a na odjezdnem z domku.

Dwie opinje

A kwintesencya wywiadu? — myślałem wracając… Że niema takiego głupstwa, w któreby nie uwierzyli ludzie w tych czasach. Taki nastrój chwili!.. A potem: czy on wierzy w to co mówi?., czy on pół waryat, czy blagier? Trudno orzec. Może po trochu jedno i drugie, z dodatkiem jakichś celów ubocznych. Kiedyśmy sobie nawzajem udzielali tych spostrzeżeń, żydek zakonkludował:
— Żeby się byli panowie przypatrywali akuratniej na te pieczęcie. One na drzwiach zapieczętowane z lakiem, ale na ramie od drzwi, to one przybite gwoździkami. Te gwoździki to można wyjąć, pieczęcie z drugiego końca tasiemki nie ruszyć i drzwi otworzyć. A potem, można je zamknąć i gwoździki na powrót przybić. I będzie git…

A. Br.

* Określenie „żydek” było powszechnie używane w czasach, kiedy ukazał się powyższy artykuł. W ogromnej większości przypadków kontekst jego użycia był otwarcie antysemicki, niekiedy „tylko” paternalistyczny. Trudno rozsądzić, jak jest w tym przypadku. Z jednej strony furman jest bez wątpienia traktowany przez reportera z góry, nie wiemy jednak, czy ze względu na uprzedzenia wynikające z różnic etnicznych, czy ze względu na odmienną pozycję społeczną. Z drugiej strony furman przedstawiony jest w ciepłym świetle, jako osoba spostrzegawcza i inteligenta – to właśnie on podpowiada reporterowi rozwiązanie zagadki „szewca-głodomora”. Zdecydowaliśmy się zostawić wspomniane określenie, które z oczywistych względów może być odebrane jako obraźliwe, aby oddać język tej burzliwej epoki.