menu

Czarmiński Bogusław – „Na tym polega patriotyzm, że się broni ojca, matkę, domu”

Czarmiński Bogusław – „Na tym polega patriotyzm, że się broni ojca, matkę, domu”

Bogusław Czarmiński ps. „Maszynka” urodził się w 1928 r. w Toruniu. W 1935 r. wraz z rodzicami Teodorem i Stefanią przeprowadził się do Warszawy. Podczas okupacji niemieckiej należał do Szarych Szeregów. W czasie Powstania Warszawskiego był organizatorem drużyny obsługującej Harcerską Pocztę Polową. Po zakończeniu powstania wyszedł z Warszawy razem z ludnością cywilną i trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Z obozu Dulag 121 Pan Bogusław razem z rodziną został wysłany do Turyngii, do miejscowości Zella-Mehlis. Tam w charakterze pracownika przymusowego pracował w fabryce broni, która powstała na terenie dawnego zakładu produkującego maszyny do pisania. Wywiad z Panem Bogusławem Czarmińskim został przeprowadzony w 2025 r.

Nazywam się Bogusław Czarmiński. Urodziłem się w Toruniu 3 maja 1928 roku. Mam dziewięćdziesiąt siedem lat.

Proszę opowiedzieć coś o swoich rodzicach. Kim byli i czym się zajmowali?

Ojciec mój, Teodor Pepel, był ułanem krechowieckim, z zawodu introligatorem. Czerwonoarmiejcy zamordowali go w 1945 roku, kiedy wróciliśmy do Gdańska. Mama, Stefania z domu Nowińska, nie miała zawodu, była gospodynią domową. W czasie okupacji, żeby coś zdobyć do jedzenia, jeździła na szmugiel, tak jak wiele polskich rodzin w tym okresie.

Legitymacja należąca do Teodora Pepela. Ze zbiorów prywatnych

Jak to się stało, że znalazł się Pan w Warszawie?

Moi rodzice mieszkali przez pewien czas w Gdyni-Orłowie. W 1935 roku – pamiętam, że był to rok śmierci Piłsudskiego – przenieśli się do Warszawy w poszukiwaniu pracy. Znajomy ojca z krechowiaków użyczył nam swojego mieszkania. Przez jakiś czas mieszkaliśmy u niego. Potem ojciec znalazł pracę chyba na ulicy Bugaj, tylko nie pamiętam już, co to było. Przeprowadziliśmy się na ulicę Szczęśliwą[1] 7 mieszkania 7. To obok Powązek, na terenie późniejszego getta. W 1939 roku, jak zaczęły się naloty, musieliśmy zejść na dół. Przeczekaliśmy je na ulicy. Nasz dom został zbombardowany. Rodzicom przyszło szukać nowego lokum – przenieśliśmy się na ulicę Wspólną 5 mieszkania 34, tuż przy placu Trzech Krzyży. Jedna ciemna izba koło ubikacji, ale nie było lepszych warunków. Spędziliśmy tam całą okupację.

Jak wyglądała okupacja? Jak Pan ją zapamiętał? I jak to się stało, że został Pan harcerzem?

Prozaicznie, wszystko było dziełem przypadku. Mieszkałem już przy Wspólnej 5. Na górze, na wyższym piętrze mieszkała starsza dziewczyna. Zawsze na nią zerkałem, bo mi się podobała, chociaż byłem młodszy. Ona miała koleżankę. Obie działały w konspiracji. Kiedyś mnie zaprosiły i zaproponowały wejście do konspiracji. Mnie w to graj. Dostałem polecenie, żeby sobie stworzyć zastęp. Zacząłem więc szukać, głównie w Alejach Ujazdowskich, wśród tych łobuziaków grających w pikuty[2]. Potem w szkole. Służyliśmy jako ministranci do mszy świętej w kościele św. Aleksandra[3]. Tych ministrantów też zagarnąłem do organizacji. Tak powstał zastęp. Potem każdy z tego zastępu musiał stworzyć swój zastęp, ale bez komunikowania się, żeby jedni o drugich nic nie wiedzieli.

Tak potem działaliśmy. W czasie okupacji roznosiliśmy ulotki – brało się plik ulotek, wskakiwało do tramwaju, kładło na dach i się wyskakiwało. Wiatr rozwiewał ulotki po całej ulicy. Byliśmy chłopcami sprytnymi, sprawnymi, potrafiliśmy w biegu wskoczyć do tramwaju i wyskoczyć z niego. Jeździliśmy też na tak zwanym cycku, czyli na zderzaku tramwajowym, gdy w środku byli Niemcy.

Pewnego razu w szkole miałem ulotki, które miałem gdzieś rozrzucić. Na czas lekcji schowałem je w szufladzie ławki. Ciągle na nie zerkałem, czym zdenerwowałem nauczycielkę. Uznała, że nie uważam. „Co ty tam masz? Co ty tam masz?” A ja na to nic. „Co ty tam masz?” Parę razy powtórzyła, wreszcie się domyśliła i dała mi spokój. Nauczyciele też często byli w konspiracji.

Do której szkoły Pan chodził?

Chyba to była szkoła numer 75. Ona zmieniała lokalizacje. Na pewno mieściła się przy ulicy Szpitalnej. Potem w paru innych miejscach jeszcze była. Nie pamiętam, gdzie dokładnie. Miałem bardzo dobrą wychowawczynię. Nazywała się pani Kaniewska. Zresztą po powstaniu, po wyzwoleniu się z nią spotkaliśmy.

Uczniowie szkoły powszechnej nr 75 nad Wisłą w Warszawie, 1942 r. Od lewej: Bogusław Czarmiński, Hanna Jasińska, Jerzy Banaszczuk, Barbara Bagińska, Jerzy Wójcik i Zofia Choromańska

Jak Pan zapamiętał okupację niemiecką? Jak wyglądały łapanki?

Jak wspominałem, roznosiliśmy ulotki. Wskakiwaliśmy do tramwaju, wołając do Niemców:

„Panie tymczasowy, chcesz pan w mordę teraz czy później?”, i uciekaliśmy. Po ulicach cały czas chodzili żandarmi. My, mali chłopcy, przemykaliśmy, nie wzbudzając ich podejrzeń.

Któregoś razu, gdy szliśmy ze szkoły, usłyszeliśmy strzały. Pobiegliśmy w ich kierunku, na Puławską – Niemcy rozstrzeliwali Polaków. Rozstrzelali i poszli. Na ulicy zostało mnóstwo krwi. Ludzie zaczęli zrywać kwiaty i składać je na miejscu kaźni. Takich zdarzeń było dużo.

W którymś momencie w Warszawie pojawiło się pełno dużych megafonów. Niemcy nadawali przez nie swoje melodie i komunikaty – ilu Polaków złapali, ilu rozstrzelali i tak dalej. Raz z tych megafonów popłynął hymn Polski. To było wydarzenie nie z tej ziemi. Wszyscy stanęli na baczność. Zaraz potem musieli zwiewać, bo od razu Niemcy zareagowali, urządzając łapankę.

Bez przerwy łapali. Przykładowo podjeżdżały tak zwane budy pod dom, Niemcy obstawiali go dookoła. Szli od mieszkania do mieszkania i kazali wszystkim wychodzić. Potem stawiali wszystkich pod ścianę i rozstrzeliwali na miejscu albo gdzieś zabierali – na rozstrzelanie albo do aresztu. Kiedyś znalazłem się w takiej łapance ulicznej, ale nas specjalnie uczyli Warszawy, żeby wiedzieć, którą bramą można przejść dalej. Tak się ustawiłem blisko bramy, że udało mi się uciec. Nie wiem, co się stało z tymi ludźmi, których ze mną wtedy zatrzymali – może ich wywieźli do obozu…

Harcerze z drużyny im. Bolesława Chrobrego roju Ziemie Zachodnie na biwaku w Czarnej Strudze, maj 1944 r.: klęczy Bogusław Czarmiński, stoi Jerzy Daroszewski ps. Dorsz. Zdjęcie pochodzi z książki Zygmunta Głuszka „Hej chłopcy…” Zawiszacy z Szarych Szeregów, Warszawa 1998.

Czym dla Pana, wówczas takiego chłopca, był udział w konspiracji? Dlaczego Pan w ogóle wstąpił w jej szeregi?

Wie Pani, w takim młodym wieku to w ogóle chce się coś robić, być czynnym – albo piłkę kopać, albo bić się z kolegami, albo dziewczyny szarpać za warkocze. Coś trzeba robić. Poza tym towarzyszyła temu aura tajemnicy, to pociągało. Czuło się, że ma się na coś wpływ. Chodzę, bo chodzę, ale nikt nie wie, że jestem ważny, w konspiracji. Mieliśmy przecież kilkanaście lat. Nie chciałbym się chwalić, ale mam taki talent wodzowski. Bardzo szybko sobie podporządkowałem chłopców. Oni sami się garnęli do mnie. Pewnie dlatego, że byłem dość sprawny, szybki, ciągle uśmiechnięty. Bez przerwy się uśmiechałem. Mnie z tego wszyscy znali.

I to chyba Panu zostało do dzisiaj.

Tak, nie lubię się smucić. Wtedy się myślało, że jakoś to będzie. Wchodziło się do konspiracji, bo po prostu był cel. Jak człowiek widzi okupanta, te blachy na piersiach żołnierzy czy żandarmów, słyszy ich podkute buty, przeżywa te łapanki, to chciałby jakoś zareagować. Konspiracja była dla nas ratunkiem psychicznym. Z całą pewnością miała sens wychowawczy. My nie mieliśmy broni ze względu na zbyt młody wiek. Byliśmy zawiszakami[4], ale starsi chłopcy, od piętnastego do siedemnastego roku życia, to była Bojowa Szkoła. Oni już mieli granaty. My czasem przenosiliśmy coś, nie wiedząc nawet co, a tam nierzadko była broń. Ale lepiej, że nie wiedzieliśmy, jak szliśmy. Dziś dużo się mówi o patriotyzmie. Nie lubię, jak się tak gada. Przeważnie robią to ci, którzy patriotami nie są. Bo jak się rodzi patriotyzm? Jak Pani gdzieś mieszka i przychodzą żandarmi, wyrzucają Panią, zabijają bliskich i jest Pani w stałym zagrożeniu, to siłą rzeczy rodzi się ten patriotyzm, zaczyna Pani czuć, że jest Pani Polką. Nie mówi się więc o patriotyzmie, tylko zaczyna działać. Przecież nikt z nas, AK-owców i innych, właściwie nigdy nie mówił o patriotyzmie. Teraz, po wojnie, się mówi. My po prostu działaliśmy, broniliśmy się. Atakowaliśmy tam, gdzie było można, ale to była obrona rodzinnego miejsca. Na tym polega patriotyzm, że się broni ojca, matkę, domu.

Pięknie Pan to powiedział. Zapamiętał Pan moment zaprzysiężenia? Gdzie to się odbyło?

Było to w Czarnej Strudze[5]. Pojechaliśmy tam, każdy na własną rękę. Spotkaliśmy się, ustawiliśmy w szeregu. Baczność, spocznij, równaj w prawo. I złożyliśmy przysięgę – jeden czytał, reszta powtarzała. Już nie pamiętam słów przysięgi, to było gdzieś zapisane, ale nie przypomnę sobie. Zaraz musieliśmy uciekać. Niemcy się pojawili gdzieś po bokach. Ktoś powiedział, że podchodzą. Szybko się zwinęliśmy, ustalając, że każdy ucieka sam, żeby nie grupą, bo łatwiej przemknąć. I tak było. Byliśmy tam bodajże jeszcze raz. Harcerstwo wymaga zdawania na różne sprawności. Miałem chyba samarytanina, bo zawsze lubiłem opatrywać rany. Inni też tak składali przysięgi.

Tak na marginesie – zanim się znalazłem w Szarych Szeregach, to zwerbował mnie facet, harcerz HP czy jakiegoś innego harcerstwa. To było na Szpitalnej, bodaj pod piątym, na pierwszym lub drugim piętrze. Co się okazało? Ten cwaniaczek zaangażował nas po to, żebyśmy mu pomogli czyścić łódkę, którą remontował. Ja tam byłem, czyściłem, czyściłem, ale się buntowałem. Potem ta dziewczyna z sąsiedztwa się pojawiła z propozycją, więc szybko porzuciłem tę pracę przy łódce. I przystąpiłem do Szarych Szeregów.

Jakie jeszcze działania w ramach Szarych Szeregów były prowadzone?

Byłem współorganizatorem Poczty Harcerskiej – założyłem drużynę ochotników. Chyba się nazywała Stefana Batorego, ale może inaczej. Tam byli inni drużynowi, Władek i tak dalej. Oni mieli swoich chłopaków, ja miałem swoich listonoszy. Garnęli się niesamowicie. Nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Było bardzo dużo chętnych. Ja tym kierowałem.

Jak wyglądały przygotowania harcerzy do powstania? Kiedy Państwo się dowiedzieli, że będzie powstanie?

Cały czas się mówiło, że będzie powstanie, więc czekaliśmy na jakiś sygnał. Oczywiście wszyscy w domach czekali. Potem przyszedł rozkaz. Ze względów bezpieczeństwa kontaktowaliśmy się wyłącznie z najbliższym kolegą, nie wiedzieliśmy, kto stoi dalej. Ten, który był ze mną w kontakcie, powiedział mi: „Słuchaj, ma wybuchnąć powstanie. I mamy iść”. Więc poszedłem. Zgromadziliśmy się na ulicy Marszałkowskiej. Nie pamiętam dokładnie, pod którym numerem, gdzieś jest o tym mowa. Chyba na czwartym piętrze. Czekaliśmy, co dalej. Zaczęło się. Ktoś powiedział, że na rogu Kruczej i Alei Jerozolimskich jest przekop, przez który można przejść z jednej strony na drugą przez ostrzeliwane przez Niemców Jerozolimskie. Tam przy tych kamienicach było zgromadzenie.

Postanowiliśmy tam pójść, tym bardziej że dowiedzieliśmy się, że przez piwnice próbują się przebić „ukraińcy”[6]. To stanowiło dla nas zagrożenie. Zeszliśmy na dół, ustawiliśmy się przed kamienicą, a niedaleko, może z pięćset metrów od nas, stał czołg. Niemcy strzelali z niego w Marszałkowską, jak tylko coś zobaczyli. Nie wiedzieliśmy, co zrobić. Postanowiliśmy jednak przeskoczyć na drugą stronę. Robiliśmy to pojedynczo, a był to kawał grupy. Walili. Czekaliśmy tylko na przerwę. I tak jeden po drugim skakaliśmy. Wszyscy przeszliśmy. Ilu nas było, już nie pamiętam, ale sporo. Tam, po drugiej stronie, rzeczywiście było takie centralne miejsce z kuchnią polową. Kobiety kombinowały, nie wiem skąd, jedzenie. Chodziło się, ja nie chodziłem, ale inni chodzili, na drugą stronę do browarów Haberbuscha, gdzie w piwnicach składowano zboża. Przynosiło się je i jadło. Rozgotowane.

Chyba taką zupę się jadło.

Tak. Nie pamiętam okoliczności, ale nasz hufiec przeszedł na Hożą 13, w pobliże Mokotowskiej. Niedaleko mieliśmy właz do kanału.

W czasie powstania któregoś dnia udaliśmy się chyba na ulicę Konopnickiej – od placu Trzech Krzyży – już nie pamiętam po co, ale zaraz niedaleko byli Niemcy. Nagle pojawiły się sztukasy[7]. Jak tylko je dostrzegliśmy, schowaliśmy się w pobliskiej kawiarni czy restauracji Pod Palmami. Stanęliśmy najbliżej słupa. Niemcy zbombardowali budynek, poleciały gruzy. Zostałem przysypany, ale koledzy mnie odkopali. Zbombardowali wtedy też, przy Placu Trzech Krzyży, Gimnazjum Królowej Jadwigi, Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych oraz Kościół Świętego Aleksandra. Pobiegliśmy tam i ratowaliśmy te dzieci, tych ludzi.

Kościół św. Aleksandra też został wtedy zbombardowany, więc i tam ratowaliśmy. W którymś momencie, jak już wynosiliśmy te mszały, monstrancje, pojawił się facet i zawołał: „Druhowie, możecie się odwrócić?”. I zrobił nam to zdjęcie, po czym poszedł dalej. Już nie pamiętam, jak on się nazywał, ale po wojnie dużo jego fotografii było publikowanych. To zdjęcie znalazło się w Anglii. Pamiętałem, kiedy mi je zrobiono, ale długi czas nie mogłem go znaleźć. I nagle Wiktor. przywiózł to zdjęcie z Anglii, gdzie był u jakiegoś znajomego, który akurat je miał. Stąd się ono tu znalazło. Zazdrościł mnie zresztą tego zdjęcia. To jest przepiękne. Z tej naszej kwatery biegaliśmy, a to do Gimnazjum Królowej Jadwigi, a to gdzie indziej jako listonosze. Tym się głównie zajmowałem ze swoim zastępem. Już tak dokładnie nie pamiętam, ale byliśmy tam cały czas, nie szło się do domu, tylko tam się siedziało.

Fotografia wykonana w kościele św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży w czasie powstania warszawskiego. Bogusław Czarmiński stoi pierwszy z prawej, obok Jerzy Daroszewski ps. Dorsz. Ze zbiorów prywatnych

A skąd pseudonim Maszynka?

To koledzy mi wymyślili. Pewnie dlatego, że byłem taki szybki. Ćwiczyłem. Jak mieszkaliśmy na Szczęśliwej, na czwartym piętrze, to moim sportem było zbieganie ze schodów. Chciałem pobić rekord, więc łapałem za poręcz i skakałem. Jak mi się udało skoczyć te pół piętra, to byłem zadowolony. Cały czas w ruchu. Byłem bardzo, bardzo żywotny. Pewnie dlatego mam dziś dziewięćdziesiąt siedem lat. Nadal pracuję w ogrodzie. Jeszcze pływam…

Pozazdrościć! Jakie nastroje panowały w czasie Powstania Warszawskiego? Jak to było w zastępie, w drużynie? Bo na początku na pewno wybuchła euforia.

Wie Pani, nie ma co mówić o nastrojach. Nastrój może być albo smutny, albo wesoły, albo taki… My cały czas byliśmy czynni, zaangażowani. Coś robiliśmy. Nie rozmyślaliśmy nad tym, co robimy, jak robimy. Na Wilczej, bodajże pod dziesiątym, walnęła berta[8], ale nie wybuchła, jednak obok zaczął się palić dom. Trzeba było biec na ratunek. Byliśmy po drugiej stronie tego pożaru. Łapaliśmy jakieś wanienki, kubełki czy coś z wodą, żeby gasić. Ale co przeskoczył człowiek, to Niemcy z końca Wilczej strzelali. To były kule zwane dum-dum[9], które jak uderzyły w ciało, to je rozrywały. Trzeba być dzieckiem, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy. Patrzę, a tak siup i po piętach pu-pu. Udało się. I tak jeden po drugim przeskakiwał. Nie udało się tylko „Księżycowi”[10] – od Gimnazjum Królowej Jadwigi do Mokotowskiej była taka, jakby to powiedzieć, barykada zrobiona z desek. Szliśmy od strony gimnazjum i głuchoniemych, chcieliśmy wrócić do swojej bazy przy Mokotowskiej. W jednym miejscu był taki prześwit. Szedł właśnie „Księżyc”. Na budynku Banku Gospodarstwa Krajowego, na rogu Nowego Światu i Jerozolimskich, ukrywał się strzelec niemiecki, tzw. gołębiarz. Strzelił i przestrzelił mu nogę. Dociągnęliśmy go na Mokotowską. Tam był nawet jakiś taki szpital, podobnie na Hożej. Zakonnica czy ktoś inny zawiązali mu nogę powyżej rany. Taka bania się zrobiła, bo to zatrzymywało krew. Siedzieliśmy przy nim kilka nocy, lekarze robili, co mogli, żeby go uratować. Udało się.

Dużo Pana kolegów z zastępu zginęło?

Musiałbym się zastanowić, ale chyba nie. Z niektórymi straciliśmy kontakt w czasie powstania. Antoni Rotuski ps. Piorun był gdzieś indziej. Przeczytałem, że jest jakaś fotografia w tych książkach. Każdy był gdzieś indziej, wie Pani, ale wszyscy w powstaniu.

O tym, że ma być kapitulacja, dowiedzieliśmy się dzień wcześniej. Zrobiliśmy krąg. Dałem Pani tę książkę, w której opisałem ten ostatni krąg. Siedzieliśmy, śpiewaliśmy sobie, już zasmuceni, wiedzieliśmy, że to koniec. Postanowiliśmy pójść z ludnością cywilną. Jak zgasła ta nasza lampka, to pozorowane ognisko, jak zaśpiewaliśmy sobie te harcerskie piosenki, postanowiliśmy się rozejść. Wtedy wróciłem do domu. I z ojcem, z matką, i starszą siostrą poszliśmy do tego tłumu, który wychodził z Warszawy. Poszliśmy na ten Pruszków. Tam już Pani wie, co się działo.

Czy przez cały okres powstania miał Pan jakiś kontakt z rodziną?

Wie Pani, że tak specjalnie nie pamiętam, ale raczej nie. Sporadycznie.

Po kapitulacji powstania wyszliśmy razem z ludnością cywilną. Jako harcerz byłem tym powstańcem. Gdybyśmy poszli z wtedy wojskiem, z AK, toby nas Niemcy wyłapali. Nie chcieliśmy się narażać, dlatego się zmieszaliśmy z ludnością cywilną. Pędzili nas z Warszawy Alejami Jerozolimskimi chyba aż do Pruszkowa, gdzie w jakichś halach, w okropnych warunkach sanitarnych, w ścisku, bez jedzenia, czekaliśmy kilka dni na transport.

Dotarł Pan do obozu na piechotę? Z rodziną, z mamą?

Z matką, z ojcem i starszą siostrą przyrodnią.

Jak Pan zapamiętał panujące w obozie warunki?

Były okropne. Usiłowaliśmy z niego uciec. Było ciemno, ktoś – tylko nie wiem, czy ojciec, czy ktoś inny – powiedział, żebyśmy spróbowali uciec. I uciekliśmy. Chcieliśmy dotrzeć do jakiejś rodziny. Wtuliliśmy się w piwnicę czy coś i mieliśmy nadzieję, że przeczekamy do rana. Ale Niemcy zauważyli, że ludzie uciekają. Znaleźli nas. Musieliśmy wrócić do tego transportu.

Czy na terenie obozu była jakaś kawa, coś do jedzenia?

Tego nie pamiętam, ale czytałem, że Niemcy nic nie dawali, zlecili to okolicznym mieszkańcom. I wiem, że mieszkańcy starali się ludziom pomagać, nawet jak już odjeżdżał ten transport, to jeszcze biegli, jakieś kanapki rzucali czy butelkę z wodą. Cały czas ta miejscowa ludność próbowała pomóc.

Na terenie obozu było dużo ludzi wówczas?

Bardzo ciasno, ramię w ramię się stało. Jak się chciało kucnąć, to, człowieku, trzeba się było rozpychać. Oni celowo tak robili, jak sardynki nas upchali.

A zachowanie Niemców w Pruszkowie Pan pamięta?

Zachowywali się jak to Niemcy, z nienawiścią do Polaków. Traktowani byliśmy jak nic. Jak ktoś, przy kim trzeba zatkać nos. Po prostu byliśmy dla nich nikim. Jeżeli już, to tylko jako siła robocza, jeśli się nadawaliśmy. A jak ktoś się nie nadawał, to won i koniec. Ta droga z Warszawy do obozu była usiana trupami. Jeśli ktoś nie mógł już iść, to Niemiec wyrywał mu walizkę i rzucał. Człowiek chciał pójść po walizkę i wtedy do niego strzelali. Dużo osób zabili na tej drodze. Bili też.

Jak długo był Pan z rodziną na terenie obozu.

Nie umiem powiedzieć, jak długo, ale pewnie dwa, trzy dni czekaliśmy, dlatego że transport nie wyjechał z powodu bombardowań. Gdyby nie one, to od razu ruszylibyśmy do Oświęcimia. A tak Niemcy się wstrzymali i szukali dla nas innej trasy. My w niepokoju, bo nie wiedzieliśmy, co z nami będzie, plotki krążyły, że wywiozą nas do Oświęcimia. Potem byliśmy zdziwieni, że jednak nie.

Czy udało się zabrać Państwu jakieś rzeczy z domu, pamiątki?

Wie Pani, nie pamiętam, czy my coś mieliśmy, czy nie.

Dokąd Państwa wywieźli z obozu w Pruszkowie?

Do Turyngii, do miejscowości Zella-Mehlis.

Razem z mamą, tatą i siostrą?

Tak.

Byli tam Państwo cały czas razem, nie rozłączyli Was w międzyczasie?

Na szczęście nie. Pamiętam, jak razem siedzieliśmy. Żeby podnieść ich na duchu, zacząłem śpiewać. Stanąłem nad nimi i kazałem im śpiewać. Dyrygowałem [śmiech]. Jako młody człowiek nie zdawałem sobie sprawy z tragizmu sytuacji.

Wywieźli nas do Turyngii, do miejscowości Zella-Mehlis. To była dawna fabryka maszyn do pisania, dosyć słynna. Miałem później taką maszynę. Kiedy tam byliśmy, zamieniono ją w fabrykę broni. Musieliśmy tam cały dnie pracować. Pracowałem przy prostowaniu luf – brało się lufę, zaglądało do środka pod światło, jak trzeba było, to się stukało . I to tak od rana do późnego wieczora. Był taki moment, że nie zdążyłem zrobić partii, którą mi dano do roboty. Przyszedł majster i mnie zbił. A ja, porywczy, zacząłem się bronić, oddawać. Za karę wysłali mnie do pobliskich kamieniołomów. Potem z kamieniołomów trafiłem do lasu, gdzie w kilku nosiliśmy takie długie pnie na ramionach. Całe ramiona mieliśmy poranione.

Kiedy Państwa wyzwolono i w jakich okolicznościach wrócili Państwo do Warszawy?

Pisałem już gdzieś, że 3 maja, w moje urodziny, oswobodził nas Amerykanin polskiego pochodzenia – pierwszy wjechał do nas Polak w amerykańskim czołgu. Potem dostaliśmy od nich paczki. Amerykanie mieli fajne paczki dla żołnierzy. Tam było wszystko, nawet rodzynki. Paczki zostały dobrze pomyślane pod kątem żołnierzy, żeby mieli na froncie wartościowe jedzenie. Pamiętam, że dostałem taką paczkę, gdzieś leżałem i bez przerwy jadłem te rodzynki.

Od razu ruszyli Państwo w drogę powrotną do Warszawy?

Nie. Z tego Zella-Mehlis najpierw trafiliśmy do Wildflecken. Tam była strefa amerykańska i tam czekaliśmy na transport, bo nie było tych transportów wiele. Musiało to trochę trwać, bo zdążyłem założyć hufiec harcerski. Pamiętam, jak w tej strefie amerykańskiej maszerowaliśmy – defilowaliśmy sobie, ale nie przypomnę sobie, z jakiej okazji. Wracaliśmy takimi samymi wagonami, jakimi przyjechaliśmy, tyle że luźniej i bez plomb. Patrzyliśmy sobie na ten świat. Przez Czechosłowację jechaliśmy. W Czechowicach-Dziedzicach ładne domki były z czerwoną dachówką. Cieszyliśmy się, że już wracamy, że jednak wracamy.

A jak ta Warszawa wyglądała?

[śmiech] Gruzy, gruzy, morze gruzów. Cała Warszawa tak zniszczona jak Gdańsk. Gdańsk też był bardzo zniszczony. Przyszliśmy na Wspólną 5, a tam gruzy po pierwsze piętro. Nie mieliśmy się gdzie podziać. Mama coś tam znalazła, jakąś maszynę do pisania, jakieś zdjęcia. Mieliśmy siostrę w Rembertowie, która tam mieszkała z mężem. U nich się zatrzymaliśmy. Mama, ojciec, siostra. Nie pamiętam, czy Andrzej już był na świecie, czy nie. Nie mieliśmy co jeść. Robiliśmy kartofle prażone z mąką, tzw. prażuchę. Pomyślałem sobie, że przecież to nie ma sensu. I z ojcem postanowiliśmy pojechać do Gdańska i tam szukać szczęścia. A tam były jeszcze pozostałości tych czerwonoarmiejców, którzy kradli wszędzie, i puste wille po Niemcach. Ojciec znalazł taką willę, w której się zatrzymaliśmy. Sam poszedł szukać pracy. On był bardzo zdolny, zaczął budować maszynę do wyświetlania rysunków.

Jak on chodził szukać zajęcia, ja zostawałem w domu. Chyba chciał mi coś kupić w prezencie, jak wracał. W nocy nagle poczułem jakiś niepokój. Ojca nie było. Wiedziony instynktem, zacząłem szukać po tych willach – jednej, drugiej, trzeciej, aż w końcu go znalazłem. Leżał na schodach. Padł ofiarą napadu rabunkowego. Ojciec miał zegarek, taką „cebulę”, jak to się mówiło. Zegarek kieszonkowy, solidny. Oni się na to połaszczyli i go zabili. I zostałem sam. Trzeba było ojca zabrać. Jacyś mężczyźni się znaleźli, chyba to było UB, pomogli. Kazali więźniom znieść ojca. Był taki moment, że ci zaczepili ręką ojca, to tamci ich opieprzyli za to, byłem z tego zadowolony. Już nie pamiętam, co tam się działo. Pamiętam tylko pogrzeb. Kiedy ojca miałem odprowadzić, szedłem sam za tą trumną i nagle – to było w Gdańsku-Oliwie – z bocznej ulicy wychodzą harcerze i dołączają do mnie. Chwilę wcześniej założyłem hufiec harcerski w Gdańsku. Nie miałem żadnego zajęcia. W dodatku podczas podróży z Warszawy do Gdańska ukradli mi mój tobołek, tak że zostałem w jednych majtkach. Miałem starszego kolegę, Bohdana Szermera. Był studentem architektury w Gdańsku na Politechnice. Jego mama uszyła mi portki. Ja w tych portkach pojechałem na obóz, bo oni mieli do mnie zaufanie, że ja, urodzony dowódca, na pewno poprowadzę ten hufiec.

Potem mi znaleźli pracę. Wpierw zatrudnili mnie jakoś u siebie w biurze. Następnie zostałem listonoszem, roznosiłem przesyłki. Pamiętam, miałem buty tak dziurawe, że jak była chlapa, to szedłem chlapu, chlap.

Co się działo z mamą i z siostrą?

Mama wylądowała pod opieką starszej siostry. Ta znalazła jej mieszkanie tu, w Warszawie na Lesznie. Opiekowała się nią, ale już nie pamiętam, kiedy, bo mama była też w Elblągu jakiś czas, zaraz po powstaniu. Nie wiem, jakim cudem, widocznie tak jak ja szukała miejsca. Nie miałem z nią wtedy kontaktu. To Stefa miała z nią kontakt. Potem ją zabrała, pewnie to mieszkanie załatwiła. Bo sama też, już nie wiem jak, na Saskiej Kępie zdobyła lokum. Ja też się u niej zatrzymywałem na parę dni, gdy przyjeżdżałem z Gdańska.

Miałem w Warszawie taki etap, kiedy jeszcze nie byłem dziennikarzem, nic nie umiałem. Wychodził taki miesięcznik Związku Młodzieży Polskiej, na Dworkowej mieli redakcję. Próbowałem tam pisać. Miałem dosyć życzliwego kolegę, który poprawiał moje materiały, tłumaczył. Dzięki tym kontaktom znalazłem pracę w „Głosie Nauczycielskim”. Poczułem inklinację do reporterki. To mi najlepiej wychodziło, bo widziałem więcej. Jeździłem na reportaże. Przywoziłem materiały o ludziach w trudnej sytuacji życiowej – pisałem m.in. o jakimś sierocińcu. Z tego „Głosu Nauczycielskiego” chyba się dostałem do Polskiej Agencji Prasowej. W dziale kulturalnym pracowałem. Tam obsługiwałem zjazdy pisarzy polskich. Z Polskiej Agencji Prasowej przeszedłem zaś do telewizji. Jeden z pracujących tam facetów wpierw mnie niszczył, a potem powiedział: „Wiesz ty dasz radę”. I zaprosił mnie do zespołu Dziennika Telewizyjnego.

Poznałem prezesa telewizji. Na końcu języka mam jego nazwisko… On się mną zainteresował, chciał, żebym mu zrobił jakiś taki program publicystyczny. Zrobiłem. Był zadowolony. Potem to przekształciłem w program, to się nazywało Na krawędzi słowa i już wtedy było takie intelektualne. Zapraszałem do niego księży, co było ewenementem. Ale to się podobało. Podobało się nawet Jaruzelskiemu. Próbowali mnie z telewizji wykopać. Przeszkadzali mi. Trzymałem się dzięki temu, że miałem dobrą opinię.

Byłem w tej telewizji, ale zbliżał się wiek emerytalny. Tylko czekali na to, żeby mnie wykopać, i wykopali. Pięciu było na moje miejsce, więc odszedłem, po prostu. Mieszkaliśmy wtedy na Afrykańskiej. Postanowiłem sprzedać mieszkanie i wybudować chałupę. Znalazłem działkę, chyba miałem z pięćdziesiąt lat wtedy. I wybudowałem dom od podstaw. Zrobiłem wykop pod fundamenty. Wymurowałem go z takich pustaków betonowych. Pomagali mi jacyś Rosjanie, którzy mnie potem okradli. Na szczęście się to skończyło i chałupa stoi do dziś. Może nie najlepsza, może nie najpiękniejsza, ale stoi. Czy dzisiaj bym ją lepiej, inaczej zrobił? Porwałem się z motyką na słońce. Dziennikarz, który raczej pióro trzyma w ręce, nagle zajął się budowlanką… Kupiłem sobie książeczkę, Poradnik majstra budowlanego. W niej było wszystko. Jak mieszać cement itd.

Czy temat Powstania Warszawskiego wracał do Pana, jak już był Pan dorosły?

Proszę Pani, on nie wracał. Może by i wracał, ale w czasach socjalizmu, gdy się wypełniało te ankiety osobowe i człowiek w swojej naiwności wypisywał wszystko, gdzie był, co robił…

Zgodnie z prawdą.

…to mu szkodziło. Były różne represje, więc starałem się raczej nie wspominać.

Rozumiem. Takie czasy były.

Tak. Zresztą przyszedł moment, kiedy mnóstwo rzeczy zapomniałem i odsuwałem od siebie ten okres. Nie był mi potrzebny. Tym bardziej że nastały inne czasy, inna atmosfera polityczna, społeczna, moralna. Właściwie nie było miejsca na to powstanie. A jeśli się wspominało, to oczywiście ze złym skutkiem.

Czy spotykał się Pan z dawnymi kolegami z harcerstwa?

Dopiero jak powstał ten Dom Powstańców Warszawskich. Kiedyś utworzyła się grupa byłych powstańców, tych naszych szaroszeregowców. To się nawet nazywało Zamek. Rzadko tam chodziłem, bo nie bardzo mnie to bawiło. Wolałem coś innego robić, niż siedzieć i gadać. To stopniało tak, bo ludzie poumierali. I dopiero jak tutaj, w tym Domu Powstańców, zaczęło się coś dziać, to zacząłem sobie przypominać, że byłem w powstaniu.

A spotyka się Pan z młodymi ludźmi? Z młodzieżą?

Nie. Nie, zapraszali mnie nawet, ale ze mnie nie ma pożytku, bo nie chcę występować w charakterze eksponatu muzealnego. A tak ci kombatanci występują. Są tacy biedni, tacy bohaterscy. Tak się litują nad sobą. A co ja będę tutaj młodzieży gadał? Oni nie są w stanie tego zrozumieć przecież, to trzeba odczuć.

To trzeba przeżyć, prawda?

Trzeba przeżyć. Co Pani może powiedzieć o złamanej ręce, jak Pani tego nie doświadczyła? Będzie Pani miała raz złamaną, to będzie widziała. Uważam, że za dużo się tej młodzieży gada. Tak koniecznie chcą, żeby pamiętała o tym powstaniu. Historia, to wszystko mija. W czeluść, w otchłań. Młodzieży trzeba mówić: śmiej się, baw się, kochaj, korzystaj z życia, póki możesz. Ceń sobie to, że chodzisz. Ze mnie nic się nie wyciągnie, nie pójdę i nie będę opowiadał, że chodziłem po gruzach… Robiłem to, co trzeba było robić w tym czasie i w moim wieku. Uważam, że za dużo się gada o tym patriotyzmie. Trzeba zupełnie inaczej. Trzeba ich zachęcać do pogodnego życia, bo nie wiadomo, co ich czeka. Czy będą się mogli jeszcze śmiać w życiu. Niech korzystają i kochają się na zabój.

I to jest piękne przesłanie. To właśnie powinno się młodym ludziom mówić.

Mają się kochać. Tak. Kochać kwiaty, przyrodę.

Dziękuję za poświęcony czas.

***

Wystąpienie Bogusława Czarmińskiego podczas obchodów Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomoc 27 września 2025 r. pod pomnikiem „Tędy przeszła Warszawa”


Pozwolę sobie zacząć aforyzmem Bohumiła Hrabala:
„Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne.”
W nawiązaniu do tego motta, podzielę się z Państwem kilkoma
reminiscencjami. Biegaliśmy po warszawskich ulicach między żandarmami. Stawaliśmy wraz z tłumem przed „szczekaczkami”, słuchając złowieszczych komunikatów. W domu niepokój. Wujek w Oświęcimiu. Brat zagarnięty w łapance. Był o pięć lat starszy. Miał siedemnaście lat. Nie zdążył się wykazać „kultem bohaterstwa”. Na pięć lat słuch o nim zaginął. Wrócił połamany z obłędem w oczach.


Służyliśmy do Mszy Świętej. To najlepsze miejsce na randki. Chwytaliśmy
dziewczęta za warkocze. Ślizgały się nam oczy po ich kolankach, nagich
ramionkach. Odkrywaliśmy to, co nas od dziewczyn różni fizycznie.
Oszałamiał nas zapach włosów. Zarys dziewczęcych piersi. Szliśmy radośni
po lekcjach, rozdowcipkowani.

Nagle – karabinowa salwa. Jedna! Druga! Trzecia! Pobiegliśmy ku odgłosom. Niemieccy żołdacy wrzucali trupy na samochody. Ledwie odjechali, krew pokrył kobierzec kwiatów…. Czyśmy rozumieli? Nie rozum był nam oświatą, lecz emocje, uczucia. Poczucie krzywdy. I to nas pchało w konspiracyjne sieci.


Wskakiwaliśmy do tramwaju w biegu, wołając do gestapowców i
żandarmów: panie tymczasowy, chcesz pan w mordę teraz czy później.
Kładliśmy na dachu tramwaju ulotki i cieszyliśmy się, widząc, jak
ludzie podnoszą je z ulic. Podjeżdżaliśmy rykszą do zwisającej hitlerowskiej
szmaty: skok w górę, szarpnięcie i hakenkreuz legł w błocie. Apolitycznie.
Antykonstruktywnie. Niepowściągliwie. W niszczycielskim geście wobec
okupanta.


Powstańcze barykady. Butelki z benzyną. Kanały. Powstańcza Poczta.
Śmierć bliskich. Gaszenie pożarów… Warkot „sztukasów”. W piwnicy
kobiety przytulone do siebie. W odruchu rozpaczy trzymają obraz Matki
Boskiej. Zasłaniają się nim pełne wiary. Modlą się. Wybucha pocisk.
Strzępy kobiet. W dziecięcym sercu pozostał cień religijnego zwątpienia.


Psychika dziecięca ma cudowną właściwość: głód poznania. Nie pozwala
zatrzymać się na jednym zdarzeniu. Biegnie dalej zbierać informacje o
świecie. Nie rozumuje. Chłonie: doznania, wrażenia, obrazy, nastroje,
zapach. Z czasem scukrzy się w doświadczenie i refleksję. Ta cudowna
cecha dziecięcej psychiki chroniła nas przed deprawacją serca i rozumu.


Ale tymczasem mamy naście lat. Czujemy fizycznie obecność obcego. W
naszym domu! Na naszej warszawskiej ulicy. Bezczelnego i okrutnego.
Czujemy krzywdę – własną: naszą, polską krzywdę. Wykurzymy szkopa.
Mamy szybkie nogi, prężne ciała. My, chłopcy warszawskiej ulicy.
Będziemy się uczyć i walczyć. Znacznie później dowiemy się, że byliśmy
cząstką Armii Krajowej. Niektórzy dopiero po powrocie z obozów pracy
niewolniczej. Zastaliśmy gruzy. Morze gruzów. Postanowiliśmy odrodzić się
z tych gruzów… My, polska młodzież. Przyszłość narodu. Nie wiedzieliśmy,
że nasz entuzjazm będzie niczym wołanie do pustego nieba. Że droga w
przyszłość okaże się trudniejsza i dotkliwsza, niż wymarsz z dogorywającej
stolicy – w niewolę i po śmierć. Bo gorsza niewola we własnym kraju.

Upadłeś trafiony kulą snajpera; zawisłeś pokiereszowany na belce domu
rozszarpanego wybuchem „berty”, pobiegłeś z wiadrem wody gasić pożar – nie znalazłeś drogi powrotnej; zasłoniłeś sobą nieletnią sanitariuszkę już się nie podnieśliście.


Gdyby udało ci się zrzucić z siebie zwały gruzu, zapewne, próbowałbyś
uciec od tych szalejących płomieni… Może kanałami? […] wysokość około
metra: mokro, błoto; pod stopami ludzkie ciała; wybuchy granatów;
wrzucany karbid, wchłaniający resztki tlenu… Może jednak dotarłeś do
włazu; ledwo łyknąłeś świeżego powietrza, zobaczyłeś roześmianą gębę
hitlerowskiego żołdaka. Wyciągnął cię za kołnierz i, jeśli nie od razu cię
zabił, trafisz do jednego z licznych obozów koncentracyjnych.


A przecież chciało się żyć, ale gdybyś żył, mógłbyś zgnić w stalinowskich
kazamatach; zniknąć na zawsze w ubeckich piwnicach. Miałeś bowiem
stygmat: przynależność do Armii Krajowej. Miałeś ambicje, aspiracje,
pomysł na życie. Rozczarowałeś się zniewoleniem ojczyzny; tym razem
przez rosyjskiego okupanta. Być może zostałeś pojmany i wysłany na koło
podbiegunowe, do Workuty, do jednego z licznych gułagów. A przecież
chciało się żyć.


Zdawało mi się, że się zakołysałem. Posłyszałem warkot sztukasa i wraz z
nim, czy od niego zakołysał się gmach Gimnazjum Królowej Jadwigi przy
placu Trzech Krzyży. Detonacja. Zakołysał się kościół Świętego Aleksandra.
Czarny pysk sztukasa wzbił się w górę, po czym wlazł niemal na dach
gmachu Instytutu Ociemniałych i Głuchoniemych. Komuś przygniotło nogę
i zwisł głową w dół. Mała dziewczynka leżała obok swej rączki. Stara
kobieta stała niema w pokoju, z którego podmuch detonacji zdarł ścianę.
Stała, jakby miała odkurzać ścianę, którą przed chwilą dotykała.
Pobiegliśmy tam, by ratować. Znowu warkot. Wyjrzałem przez okno. Pysk
sztukasa walił wprost na nas. Zbiegliśmy się przy kolumnie w kawiarni
,,Pod Palmami”. Smak acetonu. W gardle wapno. Tępe uderzenie – noc.
Otworzyłem oczy. Wokół mnie twarze małych przyjaciół.
Żyje! –dotarło do mnie.
No i dożyłem, jak na razie, do dziewięćdziesięciu ośmiu lat.

[…]Przed południem Aleje Jerozolimskie były już morzem nędzarzy. Szła
fala na Piastów, na Ursus – donikąd. Rozkraczony esesman rozdzielał
pochód na dwa szeregi. Starsi w lewo, młodzi w prawo. Ojciec mój
wyprężył się. Stłumił ból w nogach i tupał przed esesmanem na dowód, że
zdrów i nadaje się do pracy. Poszedł z młodymi.


Jakaś młoda matka tuliła dziewczynkę do piersi. Rozszalałe ze strachu
oczy… Esesman wyciągnął łapę po dziecko. Podniósł do góry, obejrzał.
Pchnął matkę… Żandarm podszedł do zgarbionego starca, zaszedł go od
tyłu i szarpnął za brodę . Wlókł go za sobą. Cisnął do rowu i sięgnął po
pistolet… Rozstrzeliwano Polskę w marszu. Ale każdy zostawił wśród
gruzów swe myśli… Wychodziliśmy z Warszawy, ciągnąc za sobą nić
Ariadny, aby trafić z najbardziej odległego na kuli ziemskiej zakątka….
Wróciliśmy!

Przeżyliśmy rzeczy straszne dla wspaniałych idei wolnościowych. Było dla
nich warto żyć i było warto za nie umierać. Ale też stąd wiemy, że tkwienie
w aurze cierpiętnictwa, to ciągłe wywlekanie martyrologicznych zdarzeń,
niczego nie buduje. Wręcz deprymuje i odbiera siły. Te tragiczne
doświadczenia pomagają nam lepiej widzieć rzeczy wspaniałe. A, chcąc
robić rzeczy wspaniałe, pragniemy żyć, by je robić.
„Życie jest tragiczne przez to samo, że rodzimy się, aby umrzeć, ale równie
ślepy jest dla mnie ten, co nie dostrzega rzeczy strasznych, jak ten , co nie
dostrzega rzeczy wspaniałych, dla których warto żyć” – zauważyła Maria
Dąbrowska.

Bogusław Czarmiński podczas wystąpienia pod pomnikiem „Tędy przeszła Warszawa” 27 września 2025 r.

[1] Ulica Szczęśliwa – przedwojenna ulica, obecnie zabudowana, która przebiegała równolegle do ulicy Stawki od strony północnej.

[2] Pikuty – podwórkowa gra zręcznościowa polegająca na wykonaniu określonej sztuczki zwieńczonej wbiciem noża w ziemię.

[3] Kościół św. Aleksandra – kościół rzymskokatolicki znajdujący się na placu Trzech Krzyży w Warszawie.

[4] Zawiszacy – najmłodsza grupa metodyczna harcerzy Szarych Szeregów zrzeszająca chłopców i dziewczynki w wieku od 12 do 14 lat.

[5] Czarna Struga – część miasta Marki w województwie mazowieckim w powiecie wołomińskim.

[6] „Ukraińcy”– potocznie o wschodnioeuropejskich żołnierzach służących w armii niemieckiej.

[7] Sztukasy – niemieckie bombowce używane podczas II wojny światowej.

[8] Berta – żartobliwie: niemieckie działo oblężnicze; gruba berta.

[9] Amunicja dum-dum – rodzaj pocisków ze ściętym wierzchołkiem i odsłoniętym wnętrzem. Fala uderzeniowa takiej amunicji jest wielokrotnie większa niż amunicji z zamkniętym wierzchołkiem.

[10] Andrzej Brzęczek ps. Księżyc (1928-2011) – w latach 1943-1944 harcerz Szarych Szeregów, służył w roju Ziem Zachodnich, w drużynie im. Bolesława Krzywoustego. W czasie powstania warszawskiego służył w Harcerskiej Poczcie Polowej, był łącznikiem szefa HPP ppor. Kazimierza Grendy ps. Granica. 2 września 1944 r. został ciężko ranny w nogę  na pl. Trzech Krzyży. Po upadku powstania wywieziony do Stalagu IV B/H Zeithain. Po zakończeniu wojny wyjechał do Wielkiej Brytanii.

Powiązane hasła

”None

Skip to content