menu

Kosmahl Krystyna z d. Bienias – rozmowa

Kosmahl Krystyna z d. Bienias – rozmowa

Krystyna Kosmahl z d. Bienias, ur. w Warszawie w 1932 roku, podczas okupacji mieszkała na Ochocie wraz z rodzicami Zofią i Wacławem oraz bratem Zbigniewem. W połowie sierpnia 1944 roku rodzina została wygnana z Warszawy, popędzona do obozu przejściowego w Pruszkowie, a następnie wysłana do KL Buchenwald. Tam matka z córką zostały oddzielone od mężczyzn, a następnie wysłane do KL Ravensbrück. Jako, że istniała obawa, że dwunastoletnia Krystyna może zostać poddana eksperymentom medycznym, dzięki pomocy obozowej kapo wraz z matką zostały odesłane z powrotem do obozu Buchenwald, gdzie zmuszane były do wyniszczającej pracy przy wyrobie amunicji. Siedemnastoletni Zbigniew Bienias został wysłany do Sachsenhausen, gdzie zmarł w marcu 1945. W tym samym miesiącu w obozie Buchenwald zginął Wacław Bienias. Zofia i Krystyna Bienias w kwietniu 1945 roku brały udział w Marszu Śmierci, znalazły się w grupie nielicznych kobiet, którym udało się go przetrwać. Zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie nieopodal miejscowości Wurzen, skąd, po paru dniach kwarantanny, wróciły pieszo do Polski. Przez obóz Dulag 121 przeszedł także przyszły mąż Pani Krystyny –Jan Kosmahl, który brał udział w Poswataniu na Starówce, a następnie został wypędzony z miasta wraz z ludnością cywilną. Wraz z rodziną trafił na roboty do III Rzeszy. Rozmowa z Panią Krystyną Kosmahl oraz jej córką Anną Kosmahl-Olejniczak została przeprowadzona w 2018 roku.

 

Urodziłam się 2 sierpnia 1932 roku, ale w papierach mam rok 1929, bo jak przyjechałyśmy z mamą do Ravensbrück i meldowałyśmy się w kolejce, to podeszła do nas więźniarka i powiedziała: „Rozdzielą ją, dadzą ją do dzieci”. Więc mama podała, że urodziłam się w 1929 roku.

Urodziła się Pani w Warszawie?

Tak. Jestem siódme albo ósme pokolenie warszawskie. Stara rodzina Bajtnerów.

Gdzie Pani wtedy mieszkała?

Mieszkałam na Ochocie.

Mieszkała tam Pani do momentu wybuchu Powstania Warszawskiego?

Tak.

Z kim Pani mieszkała?

Z rodzicami. Mama – Zofia Bienias, tata – Wacław Bienias. Tata wywodził się z Litwinów, stąd nazwisko Bienias.

Czy miała Pani rodzeństwo?

Miałam brata. Zbyszek. Zginął w Sachsenhuasen. Jak wybuchło Powstanie, miał 17 lat.

Czy ma Pani jakieś wspomnienia z życia okupacyjnego?

Pierwszym moim przeżyciem – wstrząsającym, okropnym – była egzekucja na ulicy, kiedy biegłam do szkoły. Chodziłam do szkoły na Radomską, tam była prywatna placówka pani Szachmajerowej (do tej szkoły chodziły córki Piłsudskiego). Ponieważ Niemcy zajęli nam szkołę, myśmy dostały jedną salę, chodziłyśmy na kilka zmian. Spieszyłam się – może było południe – na tę drugą zmianę. Biegłam Grójecką do Wawelskiej. Nagle jakiś mężczyzna wyskoczył z ocalałego, niezniszczonego domu z szarej cegły, złapał mnie i wciągnął na klatkę schodową . Byłam przerażona tym, co się stało. A on powiedział: „Zaraz będzie egzekucja, stój tutaj”. Staliśmy na klatce schodowej, na dole. Podjechały jakieś samochody, słychać było, że coś się działo. Po chwili odezwał się karabin maszynowy. On powiedział: „Już po wszystkim, już ich zabili. Nic się nie ruszaj”. Staliśmy. Ja – może sobie Pani wyobrazić – dziecko, tutaj rozstrzelali ludzi i po chwili odjazd samochodów. Wyszłam, on mnie wyprowadził. „Gdzie ty idziesz?”. Powiedziałam: „Do szkoły, do Szachmajerowej”. „To biegnij do szkoły”. Poszłam. Niemcy, jak przyjeżdżali przed egzekucją, to sypali ziemię, piasek, żeby w niego wsiąkała krew. Kobiety od razu przybiegły z pudełkami i zbierały tę krew. Do pudełek wkładały, żeby mieć co pochować, bo nie było ciał. Pozbierały ten piasek, a ja na to wszystko patrzyłam. Do szkoły poleciałam, nie weszłam do klasy, tylko wpadłam do gabinetu przełożonej i strasznie zaczęłam płakać. Ona zapytała: „Co się stało?”, powiedziałam: „Była egzekucja”. Uspokoiła mnie, dała mi się czegoś napić. Powiedziała: „Woźna ciebie do domu zaprowadzi, ty już nie możesz być dzisiaj w szkole”, i rzeczywiście zaprowadziła mnie do domu. To było moje pierwsze takie przeżycie, spotkanie ze śmiercią i okrucieństwem. Wcześniej słyszałam, że tam dziesięciu powiesili, podstawili szubienice na ulicy. Mój tata to widział, przyszedł do domu całkowicie wykończony.

Pamięta Pani datę kiedy odbyła się egzekucja?

To było jakiś czas przed Powstaniem. Jest tam tablica upamiętniająca ofiary egzekucji. Jak wybuchło Powstanie, byłam u koleżanki. Na Ochocie, za swoją szkołą, dalej. Usłyszałyśmy strzelaninę przy domu akademickim. Weszła pani Muchowska i powiedziała: „Nigdzie nie pójdziesz, jest strzelanina, musi się uspokoić, ja ciebie nie puszczę”. Ale coraz większa strzelanina zaczęła się robić. Powiedziałam: „Proszę pani, muszę pójść, bo nie będę mogła potem wrócić, godzina policyjna, mama się będzie bardzo martwiła”. Ona na to: „Na litość boską, tylko uważaj, dziecino”. Poleciałam, biegłam Białobrzeską, doleciałam do kościoła św. Jakuba. Stał tam dom, jakaś prywatna wytwórnia leków, a w niej punkt AK, sanitarny. Tam się zatrzymywali. Jak biegłam, to oni mnie wciągnęli do tego domu i powiedzieli: „Nigdzie nie wychodź, siedź tutaj, bo strzelają”. Na rogu stał czteropiętrowy dom, w nim był ktoś z karabinem maszynowym, walił do każdego, kto się pokazał. Powiedzieli: „Dobrze, że ciebie nie zabili”. Później był rozkaz – trzeba było przejść przez olbrzymi, murowany parkan, przebiec koło kościoła i polecieć na plac Narutowicza, żeby tam zostawić meldunek. Zawsze chodziły dwie osoby – jak jedna by padła, to druga by złapała i poleciała. Nie przygotowali płotu, nie zrobili w nim dziury, a on był gruby i olbrzymi. Jaką człowiek ma siłę, że ja stanęłam, oparłam się, mężczyzna wszedł mi na ramię, podskoczył, złapał się czegoś i na górę się wciągnął. Położył się na brzuchu, złapał mnie, wciągnął i żeśmy przeskoczyli. Polecieliśmy na plac Narutowicza, szczęśliwie nic się nie stało.

Miałam już opaskę, właściwie od razu ją złapałam.

Chciała Pani jakoś uczestniczyć w walkach?

Oczywiście! Od razu. Później, kiedy wracaliśmy, zaczęli strzelać na ten dziedziniec kościelny i on krzyknął: „Kładź się!”. Księża podczas wojny zrobili tam sobie ogródek, taki warzywny. Poleciałam w kapustę i tak leżałam w niej na brzuchu, czekałam, myśląc sobie: „Szwab stoi nade mną, jak podniosę głowę, to strzeli”. Podnoszę jednak głowę, a to koza. Krzyknęłam do tamtego, że już możemy, i szybko przelecieliśmy z powrotem. Gdy przyjechałam do Warszawy już po obozie, poszłam zobaczyć to miejsce – w płocie była olbrzymia dziura, zrobili ją, żeby można było przebiegać, nosić rannych.

Później, kiedy byłam na tym punkcie, podszedł do mnie jakiś pan i powiedział: „Słuchaj, ty, zmiataj do domu, wiesz, jak się tata martwi o ciebie? Ja go znam, to mój dobry znajomy”. Podał mi swoje nazwisko i nakazał: „Masz natychmiast lecieć do domu, póki jest ciemno, za dwie godziny będzie szarówka, już nie dojdziesz, musisz lecieć”. Wyrzucili mnie. Biegłam. To było coś okropnego. Czołgi jechały od Dworca Zachodniego do Niemcewicza, a ja Niemcewicza leciałam do Raszyńskiej. Doleciałam, brama była zamknięta. Zaczęłam walić, dozorca wreszcie otworzył i powiedział: „Gdzieś ty była? Rodzice ledwo żyją, tak się martwią, ciebie nie ma ani Zbyszka nie ma”. Wpadłam, byli w kuchni, złapali mnie: „Gdzie ty byłaś, dziecino?”. Wszystko im opowiedziałam. Zbyszka brakowało. Zbyszek przyszedł trzeciego czy czwartego dnia. Zmienić koszulę, ale tata już go nie puścił.

Co Pani brat robił przez te pierwsze dni sierpnia?

On był na Barskiej, blisko akademika.

Tata tłumaczył mu: „Dziecko, to jest wszystko przegrane, wszystkich nas zabiją, nie ma sensu, żebyś chodził, ty nic nie zrobisz i tamci wszyscy nic nie zrobią. Koło akademika armata jest potrzebna, i to nie jedna, żeby zdobyć akademik. A wy z karabinami? Przecież was wystrzelą jak muchy!”.

Brat posłuchał?

Tak, musiał. Potem zginął w obozie.

Czym się zajmowali Pani rodzice? Przed wojną i w trakcie.

Mój tata kończył przed wojną, w dwudziestym którymś roku, SGH i pracował w dyrekcji Kolei Państwowych na Wileńskiej, był głównym specjalistą od przetargów międzynarodowych. To było wysokie stanowisko i zajmowali je tylko bardzo zaufani ludzie, bo okropne łapówki tam szły, a tatę, który pracował już ileś lat, poznali z uczciwości i dlatego on był tam na takim stanowisku, miał bardzo dobrą posadę.

W czasie okupacji wciąż tam pracował?

Nie, w czasie okupacji nie było tam biura, było ono zamknięte. Mieliśmy fabrykę po dziadku i tata ją prowadził.

Co to była za fabryka?

Oni robili krany, ale nie takie do kuchni, tylko hydrantowe, to była armatura przemysłowa. Oczywiście podczas wojny niewiele robili, znaczy robili, ale niedużo tego szło, bo to było z brązu, a nie było materiałów. Zresztą rodzice mieli odłożone pieniądze, więc nie było kłopotu.

A mama?

Mama miała maturę ale nigdy nie pracowała.

Zajmowała się domem?

Tak. Później przyszli Ukraińcy, wyrzucili nas z domu.

Kiedy to było, pamięta Pani?

Sierpień. To była mniej więcej połowa sierpnia, gdzieś 13–14 sierpnia.

Jak Pani pamięta ten okres do momentu wypędzenia? Czy były bombardowania?

Najgorsze, co było, to jak strzelały „krowy”. To takie straszne armaty. Wszyscy na to mówili „krowy”. Jak je nastawiali, to było słychać takie „uuuuu” i wszyscy wiedzieli, że zaraz będzie „krowa” lecieć. Jezus Maria, jaki to był straszny huk! Bombardowali wszystko, co chcieli.

Państwo przebywali w mieszkaniu czy trzeba było zejść do piwnic?

To różnie było. W piwnicy się siedziało albo w mieszkaniu, jak było spokojniej, bo trzeba było coś zjeść. Mama miała duże zapasy przygotowane, także myśmy głodu nie odczuli.

Czy rodzice się spodziewali, że Powstanie wybuchnie, czy mówiło się o tym wcześniej?

Nie, nie mówiło się. Nikt nic nie wiedział. Niemniej jednak mama miała zrobione zapasy.

Jak Pani zapamiętała moment wypędzenia?

Oni przyszli, stanęli na podwórku, zaczęli się drzeć. Ukraińcy, Rosjanie nas wypędzali.

Wszystkich mieszkańców tej kamienicy?

Tak. Wsadzili nas do wagonów towarowych i do widzenia. Nic nie dawali jeść, tylko czasami się zatrzymywali, co ileś godzin, i czarną kawę rozdawali, taką zbożową.

Rodzice zdołali coś wziąć z sobą?

Tak, wzięliśmy, mieliśmy przygotowane walizki. Ale co z tego, kiedy w Ravensbrück wszystko nam zabrali? Pozabierali i koniec. Jak wpędzili nas w Ravensbrück do takiej sali przy łaźni, powiedzieli, żeby sobie poukładać walizki, a na nich ubrania położyć i do łaźni iść. Wszystko poukładałam. Miałam swoje ukochane buciki, zostawiłam je tam, a oni nas potem innymi drzwiami wypędzili i dali nam tak straszne łachy, jeszcze nie pasiaki, bo nie mieli dla nas przygotowanych, tylko jakieś pogniecione żydowskie szmaty wyciągnięte z pralek, letnie, coś okropnego. Dali nam te szmaty, krzyże pozaznaczali. Jezu, jak żeśmy okropnie wyglądały! Dopiero po trzech dniach dostałyśmy pasiaki.

Wróćmy jeszcze do Warszawy, do momentu, kiedy państwa wypędzono. Szliście państwo gdzieś pieszo?

Pieszo na Dworzec Zachodni. Tam żeśmy nocowali.

Na dworcu?

Nie, przy jakiejś szkole. Później na ten dworzec i do wagonów.

Jak zachowywali się eskortujący ludzi żołnierze?

To było wojsko niemieckie. Zachowywali się spokojnie, to nie byli SS-mani. Oni w tym wszystkim mieli takiego stracha, że sobie trudno wyobrazić. Nie wiedzieli, co ich czeka, co będzie dalej, bo Rosjanie byli po drugiej stronie Wisły i powstańcy liczyli, że przyjdą im pomóc, a tata powiedział: „Nie liczcie na to. Oni nam nigdy nie pomogą”.

Przyjechali państwo pociągami do Pruszkowa. Zapamiętała Pani jakoś ten przyjazd czy obóz?

Wysadzili nas z tych wagonów towarowych i czekaliśmy, bo nie było pociągów. W międzyczasie chodziły pielęgniarki i wyprowadzały osoby, że niby chore. Moja mama rzeczywiście bardzo źle się czuła, tata podszedł do pielęgniarki, że ma chorą, a ta mówi: „Zaraz przyjdę, tylko odprowadzę tego pana”. Tata miał przygotowane dolary, żeby jej dać. Niestety podjechał wagon i Niemcy nas do niego wpędzili.

Czyli to wszystko działo się bardzo szybko? Nie zostali państwo umieszczeni żadnej z obozowych hal?

Nie byliśmy nigdzie.

To działo się na jakiejś rampie?

Tak, wszystko było koło torów kolejowych. Gdyby pociąg przyjechał ze trzy minuty później, tobyśmy wyszli. Ile dni jechaliśmy, nie pamiętam.

Wszyscy razem?

Wszyscy razem, w jednym wagonie.

Ktoś jeszcze z rodziny wtedy był?

Nie. Dojechaliśmy do Buchenwaldu, w Buchenwaldzie wszystkich mężczyzn wysadzili, a myśmy pojechały dalej. Pojechałyśmy na zachód.

Ojciec i brat zostali w Buchenwaldzie?

Tak, wysadzili ich, a potem rozdzielili. Tata został w Buchenwaldzie, a Zbyszek trafił do Sachsenhausen. Tam zmarł na tyfus.

Zna Pani datę jego śmierci?

W 1945, w marcu. Tata też w marcu zmarł. Obok nas, myśmy potem z Ravensbrück trafiły do Buchenwaldu. Obok nas był obóz męski, za drutami pod wysokim napięciem byli sami mężczyźni. Nie wiem, czy tam nie było mojego taty. To był straszny obóz. Oni brali kule, te, które myśmy robiły, brali je tak dorywczo i sprawdzali, czy są dobre. Nie mieli żadnej osłony, w szczerym polu sprawdzali te kule, byli rozrywani w kawałki. Najprawdopodobniej tak zginął mój tata.

Byłyśmy w Ravensbrück w bloku nr 59. To był najgorszy blok, śmierdzący, przy krematorium. W Ravensbrück nie wolno nam było wychodzić z baraków, musiałyśmy siedzieć wewnątrz, a było tak strasznie gorąco. Kiedyś wyszłam z tego baraku, mówię: „Ja tylko sobie troszeczkę stanę”, ale poszłam i trafiłam na grupę Niemców, SS-manów, a w Ravensbrück robili tzw. króliki.

Osoby, na których Niemcy robili eksperymenty medyczne.

Wtedy oni już zamknęli tę pracownię, chyba pod naciskiem Zachodu, jakieś dwa tygodnie była nieczynna. Trzeba trafu, bo jak wyszłam z tego bloku, natrafiłam na grupę SS-manów, którzy szli. Jeden mnie złapał i zaczął oglądać, na wszystkie strony mnie przekręcał i coś tam z sobą rozmawiali. Naszą taką opiekunką była pani generałowa Borntkowska, oni na nią mówili „główny kapo”. Ona mnie złapała, popchnęła, kopa mi dała i powiedziała: „Gdzie ty się tu plączesz?”. Nakrzyczała na mnie i rozkazała: „Prędko do matki!”. Pobiegłam zapłakana, mama na to: „Mówiłam, nie wychodź”. Po jakimś czasie przychodzi pani generałowa do mamy i mówi: „Proszę pani, »królików« już nie ma, ale chcą z niej zrobić »królika«. Ona tego nie przeżyje, a jak ona nie przeżyje, to i pani nie przeżyje”. Nie wiem dlaczego, ale tak powiedziała. Odezwała się jeszcze: „Dzisiaj wieczorem będzie transport, nie wiem dokąd. Czy pani decyduje się na wyjazd?”. Mama powiedziała: „Byłabym pani bardzo zobowiązana”. Przyszła, jak było ciemno, nie wiem, która była, może dziesiąta, zabrała nas na bocznicę kolejową, pomogła wejść do wagonu towarowego, tam już było kilka więźniarek, za parę minut pociąg ruszył i zawieźli nas do Buchenwaldu, do fabryki amunicji.

Ile czasu była Pani w Ravensbrück?

Myśmy w Ravensbrück były około dwóch tygodni.

Przez te dwa tygodnie w Ravensbrück mama pracowała?

Nie, nie robiła nic.

Mama podała fałszywą datę Pani urodzin. Czy dzięki temu nie były Panie rozdzielone?

Nie, byłyśmy razem.

Winkiel, który nosiła na ramieniu Pani Krystyna. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Ile miesięcy Pani spędziły  Panie w Buchenwaldzie?

Na początku września byłam w Ravensbrück, a później, mniej więcej od 18 września do Marszu Śmierci, a marsz był w kwietniu, byłam w Buchenwaldzie.

W Buchenwaldzie pracowałyśmy z mamą w fabryce amunicji. Mama stała w basenie, takim jak pół tego pokoju, 12 godzin dzienne do pół łydek w zimnej wodzie, i myła kule. Wyszła jako kaleka, sparaliżowana.  Warunki były straszne. Cały ten okres, całą zimę, nie miałam ani majtek, ani pończoch, ani koszuli, tylko pasiak. Tak stałyśmy na apelu w Buchenwaldzie, a nasz obóz był w szczerym polu, obok były duże zakłady przemysłowe Hasag. Myśmy stały w tym szczerym polu w chodakach, na bose nogi, było 12 stopni mrozu. Jak się coś nie zgadzało, to od początku wszystko liczyli i tak żeśmy stały. Gdy któraś upadła na śnieg, nie można było jej podnieść i tak umierała.

Później był Marsz Śmierci. Jak już się front zbliżał, było słychać armaty z tej strony i z tamtej. Tutaj szli Amerykanie, a tutaj szli Rosjanie. Niemcy nas tak po tysiąc ustawiali, wypuszczali i pędzili szosami. Nie wiem jak długo. Dali nam na drogę po bochenku chleba, takie podłużne chleby były, ale z pleśnią jak palec, bo z magazynów wyciągnęli, a tam im wszystko spleśniało. Trzeba było to wszystko oderwać i tego chleba zostawało niewiele. Nic nie dawali jeść, absolutnie nic, jak się chciało trawę zerwać, to strzelali. Zależało im, żebyśmy jak najszybciej padły, żeby oni mogli uciekać, bo tak nie wiedzieli, co z nami robić. Jak przechodziłyśmy przez wioski, rzadko kiedy, ale się zdarzało kilka razy, to wyskakiwały Niemki z wiadrami i kubkami, dawały nam wody do picia, to Niemcy już nic nie mówili wtedy, chętnie by nas tam potrzepali, ale nic nie mówili. Myśmy tę wodę piły, kilka razy tak było, a tak to nie dawali nic. Mówię Pani, było tysiąc, doszło 86. Szłam na kolanach po bruku, na czworaka, po takiej ostrej szosie. Mama była już nieprzytomna, leżała mi na plecach, a znajoma trzymała ją za ręce, żeby nie spadła ze mnie. Szłyśmy, była już noc, zatrzymałyśmy się, usiadłyśmy na szosie, nikogo, żywej duszy. Była cudowna księżycowa noc. Zaczęłyśmy się modlić. Patrzymy, jedzie samochód wprost na nas. Myśmy były oszołomione, nieprzytomne, coś okropnego. Zatrzymał się, wyskoczył jakiś mężczyzna, żołnierz, i leci do nas. Patrzymy, to nie Niemiec, bo w innym mundurze. To był Amerykanin, młody człowiek. Podleciał do nas, stanął i tak strasznie wrzasnął, że ja tego wrzasku nie zapomnę do końca życia. On myślał, że zjawy zobaczył, nie wierzył, że to żywi, normalni ludzie, bo myśmy tak wyglądały. Pani sobie nie wyobraża, jak człowiek wygląda, kiedy jest sama skóra i kości, wielkie oczy? Okropnie. Najlepszy dowód, że on się tak przestraszył i uciekł, a my nic, siedzimy dalej i się modlimy. On poleciał do samochodu i wrócił z kolegami, w piątkę. Stanęli przed nami parę kroków i się patrzą na nas. Jeden się pyta, coś mówi do nas, ale po angielsku, a żadna z nas nie znała angielskiego. Po niemiecku zaczął mówić, to myśmy zrozumiały: „Czy dojdziemy do tamtego światełka?”, daleko światełko. My mówimy, że nie wiemy, czy dojdziemy. On mówi: „To idźcie wolno, będziemy nas was czekać przy tym światełku”. Okazało się, że to była stacja kolejowa, maleńka stacyjka, Wurzen. Oni czekali na nas, musieli już z zawiadowcą rozmawiać, puścili nas do środka i powiedzieli, że nigdzie nam nie wolno wychodzić: „Tu macie wodę, macie ubikację i tu macie siedzieć do rana, a rano przyjedzie lekarz, przyjedzie sanitariat, dostaniecie coś do zjedzenia, ale nigdzie się nie ruszajcie”.

Niemców już nie było nigdzie?

Nie, nie było. Myśmy tak czekały, rano zapukali nam przez szybę od strony peronu. Patrzymy, wózek, a w wózku stoi kocioł i bulion. Dali nam go. Po raz pierwszy w plastikowych pojemniczkach żeśmy piły, bo przed wojną nie było takich i „tylko to macie wypić”. Później na obiad przywieźli bulion. To nas trochę wzmocniło. Potem wyprowadzili nas i zaprowadzili do koszar, niedaleko były koszary lotników niemieckich i mówią: „Wybierzcie sobie pokoje i zamieszkajcie”. Nas było pięć.

A gdzie przebywały pozostałe kobiety?

Rozdzieliłyśmy się. Nas niewiele było, 86. Poszłyśmy do tych koszar. Zajęłyśmy sobie pokoje z łazienkami, porządnie i tak było przez chyba pięć dni, kiedy byli Amerykanie.

Córka Pani Krystyny, Anna Olejniczak-Kosmahl: Ubrania wam nie dali?

Pani Krystyna: Przywozili nam tylko dietę specjalną. Bardzo na dietę uważali. Jedna nie wytrzymała, poszła i się najadła. W strasznych boleściach zmarła. Te bloki były pozajmowane przez osoby z różnych obozów, wszystkich tam ładowali. Któregoś dnia straszny krzyk na schodach, a to koszary, schody metalowe, na tych schodach coś się dzieje. Otwieram drzwi. Co widzę? Na dwóch motocyklach zjeżdżają rosyjscy żołnierze. Skąd oni się tu znaleźli? Wcześniej byli Amerykanie. Okazało się, że Amerykanie za daleko weszli i musieli się cofnąć, a to miejsce zajęli rosyjscy żołnierze. Oni byli kompletnie pijani i na motocyklach zjeżdżali po schodach. Jak to Rosjanie, zaczęli wszystko od razu plądrować, poszli na strych i tam znaleźli motocykle. Oni postanowili na tych motocyklach zjechać. Co to się działo… Po jakimś czasie, po kilku godzinach, pukanie do naszych drzwi, Myszka mówi: „Słuchajcie, zamykajcie drzwi!”.

Kim była Myszka?

To moja mama. Mówiliśmy na nią Myszka. Myszka mówi: „Zamknijcie drzwi na klucz, to są Ruscy, zamknijcie drzwi na klucz!”. Całe szczęście. Po jakimś czasie ktoś wali do drzwi, a między nami najstarsza pani, ze Lwowa, znała rosyjski, uchyla i się pyta, co oni chcą. „Pajdziom pogulać!”, a ona na to: „Przecież widzisz, jak my wyglądamy! My jesteśmy po obozie koncentracyjnym, my jesteśmy bardzo chore!”. „Gierman nie ubił, tak ja ubił! Pajdziom pogulać!”.

Co to znaczy?

Pobawić się po męsku. To ona zamknęła drzwi. On walił, a ona nie otworzyła, to słychać było, że strzela w ziemię. Później, po jakimś czasie, następny znów wali, to na mówi, że pójdzie do komendanta na skargę na nich. „To ja będę chciał cię zabić!”. Ona zamknęła drzwi. My tam jeszcze ze dwa, trzy dni pobyłyśmy, bo to było nie do wytrzymania z nimi, i postanowiłyśmy uciekać. Znalazłyśmy wózeczek drewniany na kółkach. Niemcy mieli takie, kobiety chodziły na zakupy z takimi wózkami. Już nie pamiętam, jak się nazywały. Myśmy taki wózek gdzieś znalazły, włożyłyśmy pięć koców, bo nas była piątka, chleba żeśmy włożyły, co sobie na drogę wzięłyśmy, i poszłyśmy. Rano żeśmy wyszły. Wyruszyłyśmy pieszo do Polski z Wurzen i żeśmy doszły.

Cały czas szły panie pieszo? Czy  udało się  pokonać jakiś dystans np. pociągami?

Byłyśmy już 80 kilometrów od granicy, sądząc po drogowskazach, i żeśmy szły. Raptem słyszymy jakiś ciężki warkot, za nami jadą traktory, olbrzymie, takich traktorów więcej nie widziałam. Zatrzymali się. Polacy, polskie wojsko. Oni szaber z Berlina wieźli, wielkie maszyny.

Czyli był taki moment, że brali od Niemców?

To było bezpośrednio po wojnie, parę dni , może dwa tygodnie. Ten szaber wieźli. Mówią: „A wy gdzie idziecie?”, bo widzą, że w pasiakach. „Idziemy do Polski”. „Nie przepuszczą was przez granicę”. „Jak to nas nie przepuszczą?”. „Nie przepuszczą, bo tam są duże PGR-y, olbrzymie stada krów, setki, tysiące krów”, bo Niemcy, jak uciekali, to puścili bydło i te krowy chodziły. Wie Pani, to sobie trudno wyobrazić, jaki to był bałagan.

Dlaczego mieliby nie przepuścić przez granicę?

Dlatego że na granicy stali Rosjanie i oni wszystkich wyłapywali do tych PGR-ów, żeby krowy doić. Mówią: „Ich nie obchodzi, że wy wracacie z obozu. Będziecie musiały krowy doić”. „To co mamy zrobić?”, a oni mówią: „Wsiadajcie do nas”, i nas na te wielkie traktory załadowali, pomogli nam wsiąść, a tam, oprócz maszyn, mieli dywany, takie wielkie, pozwijane, i nas w te dywany powsadzali. Tak nas przewieźli przez granicę. Dowieźli do Poznania, w Poznaniu nas wysadzili, a jedna była między nami poznanianka. Zaprowadziła nas do siostry. To było coś niebywałego. Wchodzimy na klatkę schodową, normalna klatka schodowa, ona mieszkała na pierwszym czy na drugim piętrze, dzwoni, otwiera drzwi i radość, żyje, wita się z siostrą i mówi: „Słuchaj, tu są jeszcze cztery panie, myśmy razem szły”. Od razu wpuściła nas i najpierw do łazienki. Wszystkie żeśmy się pomyły, usiadłyśmy przy stole nakrytym obrusem, normalne jedzenie, ona się pyta: „Czy możecie już jeść normalnie?”. „Możemy” i żeśmy jadły. Żeśmy taką obiadokolację zjadły i poszłyśmy spać. Myśmy spały 32 godziny.

Takie zmęczenie.

Ona już nie wytrzymała z mężem, bo się bała, że się nie obudzimy już w ogóle. Pobudziła nas na śniadanie, zjadłyśmy i do pociągu.

Do Warszawy?

Do Warszawy.

Reszta tych kobiet to też były warszawianki?

Już nie pamiętam. Zaraz, jedna była ze Lwowa, nie wiem, gdzie ona poszła, jedna była z Poznania… Tak żeśmy się już porozchodziły i przyjechały do Warszawy. Bez grosza, tak jak żeśmy stały. Jak żeśmy szły i nam się chciało jeść, wchodziłyśmy po drodze do sklepów, wchodziłyśmy i mówiłyśmy, że jesteśmy głodne. Bez niczego, od razu nam dawali jeść.

Córka Pani Krystyny: W Polsce czy u Niemców?

Pani Krystyna: W Niemczech. Od razu nam dawali. Pamiętam, jakiś PGR był, żeśmy poszły, tam akurat był obiad i dali nam obiad. Po ludzku się zachowywali.

Córka Pani Krystyny: Jak babcia z mamą wróciły w maju z obozu koncentracyjnego, wróciły w chodakach i w pasiakach obozowych. Poszły do domu na Ochocie, kupa gruzu, zostawiły kartkę dla rodziny, bo nie wiedziały, czy dziadek żyje, czy nie. Poszły do naszej fabryki, która mieściła się na Woli, a tam akurat Ruscy wywozili maszyny. Babcia podeszła do oficera i powiedziała: „Chwileczkę, to nie jest bezpańskie. Jestem właścicielką tego”, a on powiedział: „Giermaniec nie ubił, tak jak ubił”, zelżył i krzyknął: „Paszła won!”. Tacy byli ci wyzwoliciele.

Czyli nic nie zostało z domu, z mieszkania?

Nic. Proszę Pani, poszłam do szkoły, do pierwszej klasy gimnazjum Słowackiego, bo skończyłam szóstą klasę, a po szóstej klasie można było iść do gimnazjum. I cały ten rok w pasiaku chodziłam, przewiązana sznurkiem i w chodakach. Podobno dzieci przyniosły mi ubrania, ale dyrektorka nie pozwoliła mi ich dać, powiedziała: „Ona będzie upokorzona”.

Przyjechałyśmy do Warszawy, zbliżała się noc, a my stoimy w gruzach. Mama mówi: „Słuchaj, na Grójeckiej jest Langdowa”. To była znajoma pracownia krawiecka, mama wiele lat u niej szyła. Mówi: „Pójdę do Langdowej i może u niej przenocujemy. Ja pójdę i się zapytam”. Miała czteropokojowe mieszkanie. Zostałam na dole, mama poszła do niej, a ona mówi: „Proszę pani, mam jeden tapczan jeszcze, wszystko jest zajęte. Na tym tapczanie się prześpicie”. Mama po mnie zeszła.

To była pierwsza noc w Warszawie?

Pierwsza noc, tak. Umyłyśmy się. Panie się tak umówiły, że ona będzie prowadziła pracownię, a mama będzie prowadziła dom. Coś trzeba robić przecież. Tak było. Ja poszłam do szkoły. Do Warszawy przyjechał cioteczny brat mamy. Po jakimś tam czasie przyszedł na nasze gruzy, przeczytał, gdzie my jesteśmy i nas odnalazł. Mówi: „Słuchaj, nie ma sensu, żebyście tutaj siedziały. Pojedźcie na Dolny Śląsk, tam dostaniesz mieszkanie, dostaniesz pracę i zaczniecie normalnie żyć”. Tak było, z tym że oni pojechali razem, mama razem z tym kuzynem pojechała do Kłodzka i znaleźli mieszkanie po architekcie miejskim, ładne mieszkanie. Moja mama od razu dostała posadę, przyjechała po mnie, zabrała mnie i ja tam poszłam do szkoły.

Córka Pani Krystyny: Mamuś, kiedy się dowiedziałaś, że dziadek i Zbyszek nie żyją?

Pani Krystyna: Na drugi dzień. Wyszłam do sklepu po pieczywo i na ulicy Grójeckiej spotkałam kolegę mojego brata, z którym razem byli, przyjaźnili się. On mnie łapie i zaczyna strasznie płakać. Myślałam, że on płacze, bo my byłyśmy z jego siostrą i matką, tam je zabrali i wywieźli, one tam poumierały. Myślałam, że on płacze, bo nie ma mamy, a on mówi: „Zbyszek nie żyje”. Na drugi dzień po przyjeździe. Matko Przenajświętsza!

Czy ten kolega był z Pani bratem w obozie?

Tak. Razem z bratem był i się bardzo lubili, dlatego on tak płakał. Przyszłam z tym pieczywem na górę, nie powiedziałam nikomu słowa. Nie mówiłam mamie parę tygodni. Mama spotkała go na ulicy i ten jej powiedział. Mama nie mówiła mi, a ja jej. Tak było, pojechałyśmy do Kłodzka, w Kłodzku – czy ja wiem – z rok żeśmy nie mówiły nic na temat Zbyszka. W końcu jednego dnia, nie pamiętam, jak to było, stanęłyśmy koło siebie i zaczęłyśmy razem płakać.

Córka Pani Krystyny: A tata?

Krystyna Kosmahl: O tacie nie wiedziałyśmy nic. Dopiero Niemcy przysłali mi papiery.

Kiedy?

Niemcy przysłali nam papiery chyba po dwóch latach czy po trzech.

Z informacją, że nie żyje?

Tak. Ale co się stało, jak – tego już nie podali. Podali dzień i godzinę śmierci, nic więcej.

Kiedy panie wróciły ze Śląska do Warszawy?

Córka Pani Krystyny: Kiedy wróciłaś do Warszawy? Na pewno przed 1952 rokiem.

Pani Krystyna: Tak, w 1952 roku.

Z mamą?

Najpierw wróciłam ja, zatrzymałam się u takiej przyszywanej ciotki na Grochowie, potem tam mogłam ściągnąć mamę.

 

  ***

Mój mąż, Jan Kosmahl, był w AK całą wojnę, walczył w Powstaniu na Starówce. Wyjeżdżali pod Warszawę, uczyli się strzelać, mąż dobrze celował, dobrze strzelał. Powstanie, komendant rozdaje karabiny, wszyscy podchodzą i biorą, a Janek stoi z boku. „Janek!”, „Ja nie biorę karabinu”, „No coś ty, jak to nie bierzesz?”, „Bo ja nie zabiję człowieka”. „No czyś ty głupi, czy co? Będą na ciebie lecieli Niemcy z karabinami, a ty nie strzelisz?!”.

Rzeczywiście trzymał się tego postanowienia?

Tak.

Jak sobie radził, nie walcząc?

Robił wszystko. Chodził ze Starówki do Śródmieścia i żywność przynosił, cały czas pracował. Kiedyś, jak przyszedł, a niósł połeć słoniny, to w tym połciu były dwie kule. Strzelali do niego, on przez plac przechodził jakoś szczęśliwie. Potem, przy Długiej, nie pamiętam, jak się ta ulica boczna nazywa, przed kościołem garnizonowym, ta przecznica, tam był trzypiętrowy dom i tam był szpital. Bomba upadła i przywaliła wszystkich. Dzień i noc połowa Starówki pracowała i odgruzowywała, wyciągała stamtąd ludzi. Więc robić było co, pełne ręce roboty były, odgruzowywania, grzebania, ale nie strzelał. Mówi: „Nie strzelę, nie zabiję”.

Czy Pani mąż podczas Powstania cały czas był na Starówce?

Tak. Później z rodziną wyszedł.

Wyszedł Jako cywil i przechodził Przez Pruszków?

Tak.

Z rodzicami,  Melanią i Henrykiem Kosmahl?

Córka Pani Krystyny: Z rodzicami mojego taty i ciotką Henryką Kobylińską, z domu Kosmahl.

Wszyscy mieszkali na Starym Mieście, przy ulicy Długiej?

Córka Pani Krystyny: Oczywiście, wszyscy razem mieszkali, bo to byli młodzi ludzie. Mój tata miał 17 lat, jak wybuchło Powstanie, ciotka była starsza, ale też mieszkała z rodzicami, dopiero po wojnie wyszła za mąż. Ich z Pruszkowa wywieźli na tak zwane wolnościowe roboty na wieś. 60 kilometrów od Berlina jakieś gospodarstwo duże było i oni tam pracowali.

Córka Pani Krystyny: Z tym że mieli szczęście, bo dziadka, Henryka Kosmahla, oddzielili jakoś wcześniej.

Pani Krystyna: Dziadek się jakoś odłączył od rodziny jak ich pędzili,  zabłąkał się w tłumie.

Córka Pani Krystyny: On miał chorą nogę. Nie, on tutaj był postrzelony, a tata miał chorą nogę. Który z nich miał chorą nogę? Który był ranny w kolano? Wiem, że jeden z nich był ranny w kolano.

Pani Krystyna: Dziadek.

Córka Pani Krystyny: Dziadek gdzie indziej trafił na roboty, w głąb Niemiec pojechał.

Pani Krystyna: On był przy zachodniej granicy.  A cała trójka, czyli babcia, ciotka i tata, trafiła do bauera pod Berlinem i udało im się, bo oni znali niemiecki. Z tym że to był taki trochę dziwny bauer, bo tata podejrzewał, że był Żydem. On był berlińczykiem i przed wojną miał tzw. skład bławatny w Berlinie, a 99 proc. składów bławatnych mieli Żydzi. Ten bauer wyniósł się jeszcze przed wojną na wieś, z tym że to nie była ścisła wieś, oni gdzieś na odludziu siedzieli. Ten bauer praktycznie nic nie załatwiał w mieście tylko tatę posyłał, przedtem miał sługę, który jeździł, więc tak jakby się ukrywał.

Jakie tam były warunki?

Córka Pani Krystyny: Okropne. Tamci w ogóle nie potrafili gospodarzyć, znowu im się mieszczuchy trafiły, które też nie miały pojęcia. Były jakieś krowy, konie i mojej rodzinie nikt nie potrafił powiedzieć, jak to hodować, co z tym robić. Przed nimi jacyś słudzy byli, ale tamci jakoś tak byle jak pracowali. Było głodno, chłodno.

A samo traktowanie przez tego bauera?

Córka Pani Krystyny: On się trochę bał wychylać, więc nie podskakiwał, natomiast to nie byli sympatyczni ludzie. Oni byli nastawieni na zysk. Nie było jakiegoś tam katowania, bicia czy czegoś takiego. Babcia była już starszą panią, skoro miała 20-letnią córkę, więc ona sobie też nie pozwoliła, tym bardziej że znała niemiecki. Było nieprzyjemnie, jeść nie było za dużo. Wiem jedno, mój ojciec tak sobie skrzywił kręgosłup od ciężkiej pracy fizycznej, że do końca życia miał bóle. Co z tego, że był wysportowanym, młodym chłopakiem, ale zupełnie inne mięśnie i nie był ciężarowcem, a tam musiał bardzo ciężko fizycznie pracować. Najfajniejsze było to, że żona bauera to była mieszczka. Ona miała lakiery do paznokci, zmywacze. Ponieważ oni mieszkali na odludziu, to ona miała zasoby tego, prawie że w kanistrach to stało, może lakiery nie, ale zmywacze, jakaś woda brzozowa do włosów. Ruscy przyjechali, bo ich wyzwalali. Po pierwsze, zjawili się w dziewięciu na jednym motorze. Jak tata ich zobaczył, oni mieli jakoś na górce tę chałupę, to od razu ciotkę i babkę schował na strychu w stodole, pod jakiś wielki żyrandol, jeszcze z czasów miejskich tych państwa, nie wiem jaki. On je ukrył , tak że Ruscy nie wiedzieli, że są inne kobiety. Oczywiście Niemkę od razu zgwałcili, nieważne, że to była starsza pani, ale co im przeszkadzało przy tej ilości alkoholu, po czym się dobrali do wódki, wina, wszystkie zapasy wypili. Oni tam kilka razy przyjeżdżali, a jak już nie było co pić, to wypili zmywacze do paznokci. Ten Szwab był przerażony, że oni umrą. Nic im się nie stało. Wodą brzozową popili.

Jan Kosmahl z siostrą Henryką, Warszawa. Fot z pryw. arch.
Melania Kosmahl na tle gruzów domu, w którym mieszkała rodzina podczas okupacji. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None