menu

Sińczak Urszula z d. Szałkowska – „Ocalić tamte dni od zapomnienia”

Sińczak Urszula z d. Szałkowska – „Ocalić tamte dni od zapomnienia”

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego rodzina Państwa Szałkowskich, Cecylia i Feliks z dwójką dzieci – trzyletnim Józefem oraz ośmioletnią Urszulą, a także z młodszą kuzynką Cecylii, osiemnastoletnią Teresą Marszycka z d. Siwarowicz, mieszkali na Starym Mieście przy ul. Mariensztat. 8 sierpnia 1944 r. rodzina została wypędzona z domu. Po selekcji na ulicach Warszawy, w której został oddzielony od rodziny Feliks Sińczak, kobiety z dziećmi  pognano do obozu przejściowego w Pruszkowie. Przedstawiamy historię opowiedzianą po latach, którą Pani Urszula Sińczak przekazała Muzeum Dulag 121 by, jak pisze, „ocalić tamte dni od zapomnienia”.

Wypędzono nas z mieszkania na Mariensztacie 8 sierpnia rano. Pamiętam palące się domy, spalone zwłoki na ulicy, krzyk żandarmów pilnujących grupy ludzi, strzały nad głowami, ciężar naszego plecaka. Podobno płakałam, że bolą mnie nogi poranione w długich butach, bo mama mi takie założyła na wypadek, jak by się szło po gorących gruzach. Dopędzono nas do kościoła na Krakowskim Przedmieściu, gdzie odbyła się segregacja – mężczyzn posłali na ciężarówki, kobiety samotne na jedną stronę, matki z dziećmi na bok. Nastąpiło oddzielenie ojca od nas, trafił na ciężarówkę.  I tu muszę wyjaśnić, że z nami w Warszawie mieszkała moja 18-letnia kuzynka Teresa, która była zameldowana jako opiekunka do dzieci, dzięki czemu uniknęła wywózki do Niemiec. W momencie segregacji Teresa była z nami i miała na ręku mojego 3-letniego brata Józefa, a ja się trzymałam matki i w ten sposób trafiliśmy razem do jednego transportu. W towarowych wagonach zawieziono nas do Pruszkowa.

Z pobytu w obozie Dulag 121 pamiętam barłóg, na którym leżeliśmy, płacze ludzi, żebranie o leki i chleb. Brat był chory na szkarlatynę. Mama błagała o lekarstwo dla niego, ale Panie z Czerwonego Krzyża miały tylko aspirynę. Z domu w Warszawie zostały zabrane jakieś torby z sucharami i lekami, jednak wszystko zabrali nam Niemcy. Kurczowo trzymałam się mamy lub Teresy, bo ciągle ludzie się gubili i dzieci ginęły w tym tłumie. Jadły nas wszy, ropiały rany na nogach.

Nie pamiętam, ile byliśmy obozie, Teresa już nie żyje, nie mogę jej zapytać. Wydostaliśmy się nocą z obozu. Gdyby Niemcy chcieli, to by nas zastrzelili, bo Teresa twierdziła, że widzieli, jak uciekamy. Udali, że nie widzą. Wśród oprawców byli też ludzie, jak widać. Drugi raz tego doświadczyliśmy, kiedy znaleźli nas Niemcy  w drewutni u jakiegoś gospodarza, który dał nam schronienie, było ich trzech. Łamanym niemieckim moja matka prosiła o litość. Zostawili nam wojskowe suchary, puszkę marmolady i aspirynę dla chorego brata. Powiedzieli, że jutro ma nas tu nie być.

Uciekaliśmy falami. Błądziliśmy, bo szliśmy nocami. Dotarliśmy do wsi koło Żyrardowa. Pamiętam jak na początku u gospodarza pana Modlińskiego spaliśmy w stodole za snopami zboża, a on przynosił nam w dwojakach zupę. Potem przydzielono nam „kwaterę” u pani Kotarskiej, gdzie było już kilku takich nieszczęśników w jednej izbie. Spaliśmy we czwórkę w jednym łóżku. Jadły nas wszy. Pamiętam ubrania gotowane w kotle przez matkę. Miejscowość, gdzie ja, brat i matka zostaliśmy zakwaterowani nazywała się Benenard, a Teresa chodziła pracować w gospodarstwie do państwa Malińskich do Żyrardowa. Głównie opiekowała się chorą gospodynią i gotowała jedzenie. Teresa mówiła, że to byli bardzo dobrzy ludzie. Pozwalano jej zabierać dla nas resztę z obiadu, a czasem coś dla chorego brata specjalnie ugotować.

Mama usiłowała się skontaktować z rodziną w Płocku, ale to było trudne, bo tzw. Rzesza jeszcze nie była wyzwolona. W końcu jakiś list dotarł do wujka (ojca brata), który mieszkał w Płońsku. Wujek Jurek przekupił Niemca i ten zgodził się przewieźć nas z Żyrardowa do Płońska. 7 grudnia przyjechała po nas dorożka konna. Jechaliśmy przykryci jakimiś torbami, pakunkami z towarem, ale już nie głodni, bo Niemiec miał dla nas jedzenie. Przez całą drogę jadłam, wydaje mi się, dobre rzeczy. Pamiętam jak ten Niemiec się wydzierał, żeby spokojnie siedzieć, bo powóz miał dwa koła i był niestabilny.

Po dotarciu do Płońska zaczęła się walka z wszawicą. Obcięto mi włosy i dano czyste ubranie. Mogłam spać w czystej pościeli. Rano chciałam wracać do domu, tzn. do Warszawy, bo tam zostały zabawki i moja książka „Słoneczko”, którą dostałam na koniec roku szkolnego. Potem ja i brat zostaliśmy u wujka, a matka i Teresa wyruszyły w drogę do Płocka (50 km). Teresa trafiła do swojej rodziny w Borowiczkach koło Płocka, a matka odnalazła babcię (matkę ojca). Po jakimś czasie mama przyjechała po nas i babcia zabrała nas do siebie. Zaczęła się batalia o oko brata, które utracił w czasie powstania, bowiem powstańcy usiłowali nas odbić Niemcom, gdy byliśmy pędzeni ulicą. Była strzelanina nad głowami, kurz z walących się gruzów i lekarze orzekli po wojnie, że źrenica zniszczona i nie da się nic zrobić: od tamtego czasu nie widzi na to oko.  Później wrócił ojciec z robót w Niemczech. Dowiedzieliśmy się, że wpierw pracował gdzieś przy budowie dróg, później natomiast przywieziono go do obozu pracy we Wrocławiu, gdzie remontował statki na Odrze. Będąc we Wrocławiu nawiązał korespondencję ze swoim bratem w Płońsku. Jakiś Polak im w tej korespondencji pomagał. Kiedy przyjechał był chory, wynędzniały z wrzodami na głowie – ten widok wrył mi się w pamięć… Powoli zaczynało się życie od początku. Ojciec znalazł swojego przedwojennego pracodawcę, pana Górnickiego, który był właścicielem Żeglugi na Wiśle i tam się zatrudnił. Była bieda, ale byliśmy razem.

Wracając do mojej osoby. Ponieważ Warszawa to była Generalna Gubernia, były tu inne prawa dla Polaków niż w pozostałych częściach Polski –  były sklepy, tramwaje, kina dla Polaków, również szkoły. W 1944 roku chodziłam do szkoły sióstr Urszulanek na Starym Mieście, do I klasy. Woziła mnie tam Teresa tramwajem. Pamiętam sklep, na rynku na Mariensztacie, gdzie mieszkałam, gdzie kupowałyśmy pestki słonecznika w torebce zrobionej z kawałka papieru. Żywności nam nie brakowało, bowiem ojciec był mechanikiem na statku. Żegluga w prawdzie należała do Niemców, ale pracowali na statkach Polacy (jak dawniej) i przywozili mąkę, mięso, tłuszcze z miejscowości nadwiślańskich oczywiście ukryte – bo oficjalnie statki były pasażerskie. To był tzw. szmugiel. Potem sprzedawali produkty handlarzom w Warszawie.

Do naszego mieszkania nocą przychodził chłopiec z getta żydowskiego. Miał około 14 lat, na imię miał Sławek. Mama z Teresą przygotowywały mu żywność, potem pakowały ją do plecaka ogromnego i tak co kilka dni… Często się mówiło: Sławek pewnie już nie przyjdzie. Pewnej nocy nie przyszedł. Getto się paliło.

Jako ośmioletniemu dziecku utkwiły mi w pamięci bardzo dramatyczne sceny, które widziałam w Warszawie, np. bicie ludzi na ulicach przez żandarmów, rozstrzeliwanie… Po drugiej stronie rynku był sztab żandarmerii. Widziałam, jak co dzień przejeżdżały ciężarówki z ludźmi z łapanek, których często rozstrzeliwano pod murem.

W czasie Powstania u nas w piwnicy Teresa ze swoim kolegą z podwórka przygotowywała butelki z naftą, które potem wynosili partyzantom. Ja się o tym po wojnie dowiedziałam od mamy. Okna w całej naszej kamiennicy o zmroku musiały być zasłonięte czarnym papierem, bo jak prześwitywało światło – to strzelali do okien. Często wchodzili do mieszkań i kogoś zabierali.

Zbliżam się już do „drugiego brzegu”, mam 83 lata. Moja pamięć często zawodzi, czasem wydobywają się obrazy w mojej pamięci z tamtego okresu, ale nie umiem tego umiejscowić w czasie, żeby usystematyzować. Ale te chwile grozy, strzelania, tych strasznych scen z tamtych dni się nie zapomina. Zawsze w rocznicę Powstania, słysząc syreny, widzę te gruzy i pożary, pędzące tłumy płaczących ludzi, żandarmów wrzeszczących i machających karabinami… I trudno mi sobie wyobrazić, jak my przeżyliśmy to piekło.

Cecylia Szałkowska z dziećmi Urszulą i Józefem oraz kuzynką Teresą Marszycką. Cmentarz na Bródnie, Warszawa 1942. Fot z pryw. arch.

 

Powiązane hasła

”None