menu

Jastrzębski Damian – rozmowa

Jastrzębski Damian – rozmowa

Damian Jastrzębski, ur. w 1934 roku, pochodzi z podwarszawskich Włoch, gdzie mieszkał podczas okupacji. Jako chłopiec poznał dobrze ulice Warszawy, na których sprzedawał polską i niemiecką prasę.  Praca ulicznych gazeciarzy szła nieraz w parze z działaniami konspiracyjnymi i dziesięcioletni Damian Jastrzębski, nie w pełni wówczas świadomy swojej misji, został zwerbowany do przewiezienia meldunku do Krakowa. Pomimo licznych przeszkód, udało mu się wrócić do stolicy. Do obozu Dulag 121 trafił po kapitulacji Powstania, wcielony do transportu idącego przez Wolę. Po około dwóch tygodniach spędzonych w obozie udało mu się uciec i dojechać w okolice Tarnowa, gdzie doczekał wyzwolenia. Powróciwszy do stolicy spotkał żołnierza Armii Czerwonej, który postanowił go usynowić – tak zaczęła się wielomiesięczna tułaczka wówczas jedenastoletniego chłopca po terenach Związku Radzieckiego. O swoich trudnych ale niezwykłych wojennych losach Pan Damian opowiedział nam w 2018 roku.

 

Jak się Pan nazywa?

Damian Jastrzębski.

Kiedy się Pan urodził?

4 czerwca 1934 roku.

Zacznijmy od początku. Gdzie Pan mieszkał w czasie wybuchu Powstania Warszawskiego?

Mieszkałem we Włochach koło Warszawy.

W czasie okupacji też tam Pan przebywał? Pochodził Pan z Włoch?

Tak, tak.

Pamięta Pan adres?

Nie wiem, Matejki, czy jakaś inna. Na tej ulicy była główna szkoła. Pamiętam, że wojsko niemieckie tam zamieszkiwało, a my chodziliśmy i śpiewaliśmy piosenki, za co oni rzucali nam chleb i inne takie rzeczy.

Mieszkał Pan z rodzicami?

Tak. To znaczy – z matką i z ojczymem. W 1940 roku urodził się brat. Potem urodziła się jeszcze siostra Teresa, ale wtedy mnie już przy nich nie było.

Mieszkałem we Włochach, ale dojeżdżałem do Warszawy, bo tam zapoznałem kolegów. Oni handlowali gazetami, rozmaitymi ulotkami. Ponieważ byłem bystry, więc oni kiedyś dali mi możliwości, żebym też mógł sobie  trochę zarobić. Na ulicy się stawało i się prosiło, czy ktoś zechce kupić.

Chodził Pan wtedy do szkoły?

Chodziłem we Włochach do drugiej klasy, tam zresztą też komunię miałem. Roznosić gazety jeździłem kolejką EKD pod wiaduktem i wychodziłem w Śródmieściu, bo tam zaraz to było. Pamiętam tylko, że schodziliśmy do piwnicy po schodkach – z jednej strony były toalety – i tam można było dostać gazety. Na początku nie miałem pieniędzy, więc je tylko komuś sprzedawałem, za co dostawałem parę złotych.

Zdjęcie komunijne Damiana Jastrzębskiego. Włochy, 1944. Fot. z pryw. arch.

Co to były za gazety?

Nie pamiętam dokładnie. To były gazety polskie i niemieckie.

Tytułów Pan nie pamięta?

Nie, nie.

Spędzał Pan dużo czasu w środowisku chłopaków znających dobrze świat warszawskiej ulicy. Czy mówiliście coś o Powstaniu Warszawskim? Wiedzieliście, że może wybuchnąć?

Tak. Niektórzy to się chwalili, że byli jako wojskowi i że gdzieś roznosili ulotki, broń.

Roznosząc te gazety? To się jakoś łączyło?

Nie, osobno to robili. Gazety, to można powiedzieć, trochę informacji. Przy okazji roznoszenia zdobywało się wiadomości, gdzie Niemcy byli, gdzie się coś działo.

Uczestniczył Pan w tego typu działaniach?

Nie, nie uczestniczyłem. Ale kiedyś, jeszcze przed powstaniem, miałem taką akcję, że koledzy mnie namówili, żebym pojechał do Zakopanego, ale po co, na co, tego nie powiedzieli. Dali mi marynarkę, dostałem też trochę gazet, trochę cygaretów – papierosów niemieckich. Wsiadłem do pociągu na Głównym i ruszyłem do Zakopanego. Wszedłem do wagonu niemieckiego, tylko dla oficerów, innym nie można było tam wchodzić. Pytam się jednego po polsku. Musiał to być oficer wysoki rangą, bo zabrał mnie na bok, wziął ode mnie gazetę, ale stał drugi w czarnym mundurze – to pamiętam jak dziś – esesman. Złapał mnie i chciał wypchnąć w biegu z pociągu. Ten pułkownik mu się przeciwstawił. Zaczęli się kłócić, w końcu ten pułkownik mnie złapał za rękę i posadził koło siebie. Jeszcze mi dał takie cukierki landrynki. Ich smak pamiętam do dnia dzisiejszego. Owocowe. Pomarańczowe. Oni bardzo dobre towary mieli. Wreszcie dojechaliśmy do Krakowa i musiałem wysiąść. Wysiadłem i znów nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Musiałem odczekać na następny pociąg. Nie miałem pieniędzy. Była noc, więc się tak między ławkami schowałem, bo nie byłem za duży dzieciak. Schowałem się między ławkami, ale jacyś tacy chodzili – to chyba policjanci byli, mieli takie żółte ubrania – i znaleźli mnie. Jeden mnie za ucho pociągnął i powiedział mi, że tu nie mogę spać, że mam iść do domu czy gdzieś tam. Na drugi dzień jeszcze nie odjechałem. Trochę tam chodziłem po okolicy, coś mi dali jeść. Jak nastąpiła następna noc, to pomyślałem, że jak chodzili jednej nocy, to nie będą chodzić drugiej. I znów w ten sam kąt wlazłem, a oni mnie tam znaleźli. Wyciągnęli mnie i zabrali do swojej siedziby. Tam mi wymierzyli dziesięć pał. Po tyłku porządnie mnie zlali i wyrzucili na stację. Wtedy podszedł do mnie jakiś facet i wziął do siebie do domu. Pamiętam, że to było tak przy Rynku  i że wchodziliśmy do niego na pierwsze czy drugie piętro. Widziałem, że on ma mnóstwo instrumentów. Jak mnie wpuścił do mieszkania, to na ścianach zobaczyłem pełno obrazów. Nie wiem, co to był za jeden. Zaraz mnie położył na brzuch, posmarował cały tyłek – bo dosyć dobrze dostałem. Po jakimś czasie, chyba po dwóch tygodniach, zaprowadził mnie do szwalni. Pamiętam, że to było duże pomieszczenie i pełno kobiet szyło tam ubrania. Kiedy już uszyły mi ubranie, przestało mnie boleć. Wtedy zacząłem myśleć, że dalej muszę jechać. Moich ubrań ten człowiek na szczęście nie wyrzucił, bo jeszcze w Warszawie mi mówili, że marynarki mam pilnować jak oka w głowie. Potem jeszcze taką dziewczynkę przyprowadził, też taką młodą, w moim wieku. Trochę się zaprzyjaźniliśmy. Pamiętam, że taką sztuczkę umiał: w szklankę wkładał kartę i jak stukał, to wychodziły asy albo króle. Jak się szykowałem do ucieczki, jego akurat nie było, to te karty mu gwizdnąłem. Próbowałem potem tę sztuczkę powtórzyć, ale nigdy nie wychodziła [śmiech]. Potem te karty gdzieś zniknęły. Przyjechałem do tego Zakopanego i jak z dworca wychodziłem, to skierowałem się na prawą stronę, tak jak mi kazali. Szedłem jakiś czas, zobaczyłem mostek, po jego minięciu miałem wejść do drugiej chałupy po prawej stronie. Takie informacje dostałem w Warszawie.

Od kogo dostał Pan te informacje? Kto w ogóle wysłał Pana?

Nie wiem. Jakiś dorosły chłopak, mężczyzna.

Znał go Pan wcześniej?

Nie. To od tych gazeciarzy. Oni mu powiedzieli, że ja bym się nadawał, bo jestem taki cwany chłopak.

I nie wiedział Pan, co Pan niesie i dlaczego?

Nie, nie, nie. Tego w ogóle nie wiedziałem. Przyszedłem. Oni mnie przyjęli, rozebrali, wymyłem się, dali mi jeść, potem położyli, a za dwa dni wyjechałem. Marynarkę dostałem z powrotem, ale nie wiem, czy był tam jakiś meldunek, czy coś takiego. A jeszcze jedna rzecz. Ktoś już przede mną był. Nie jednego gońca wysyłali, lecz kilku. Ja byłem w tym Krakowie około miesiąca.

W którym miesiącu Pan wrócił? Czy było to wciąż przed Powstaniem?

Tak. To był lipiec, czerwiec czy może maj 1944 roku… Wróciłem do Warszawy. I znów tak samo: spotykałem się z tymi moimi kolegami, miałem już trochę pieniędzy, schodziłem na dół po gazety i sam brałem jakieś kuriery i inne. Za to wszystko dawałem swoje pieniądze i nieraz mi się udawało – jak złotówkę kosztowała gazeta, to niektórzy dawali dwa, niektórzy pięć. To zależało, jacy ludzie się trafili.

Jak rodzice zareagowali na to Pana zniknięcie?

Matka jak zwykle trochę nerwowo mnie przywitała.

Byłem nieposłusznym chłopakiem. Raz matka wysłała mnie na rynek, żebym kupił kalafiory. Kupiłem je, a że zaczął deszcz padać, to ten sprzedawca powiedział, żebym dał mu pięć złotych, to w zamian dostanę wszystkie. No i wziąłem chyba z siedem tych kalafiorów. Poszedłem do domu, zaniosłem je do piwnicy. Matka zeszła na dół, zobaczyła i tak się wkurzyła, bo nerwowa była, że mnie garnkiem uderzyła w głowę. Ja do drzwi, a matka: „Te kalafiory masz zabrać!”. To wziąłem, sprzedałem i zarobiłem jeszcze więcej, ludzie chętnie ode mnie kupili, bo od dziecka. Taki problem miałem tylko, że nie miałem gdzie spać. Była noc, kręciłem się trochę po tych Włochach. Chodzili ci, co w nocy pilnowali – Niemcy z psem. Znalazłem taką wnękę, po trzech stopniach do sklepu się schodziło i tam się schowałem, niestety ten pies tam przyleciał. Siedzę skulony, ten pies z przodu i patrzy na mnie, a ja na niego. Jakoś na szczęście nie zareagował w ogóle, ja bym już nie żył. Tak się bałem. Szwab zaczął krzyczeć na niego po niemiecku i ten pies poleciał. Wtedy wyniosłem się do Warszawy, uciekłem z domu.

Miał Pan 10 lat.

Tak.

Powiedział Pan, że wybuch Powstania zastał Pana jeszcze we Włochach…

Tak, jeszcze wtedy we Włochach byłem i dojeżdżałem do Warszawy.  Pewnego razu jak wracałem, było dosyć późno i poszedłem na Dworzec Zachodni, a potem dalej pieszo z Dworca Zachodniego do Włoch. W pewnym momencie chciałem się skierować na drugą stronę ulicy, ale wtedy Niemcy – oni wyraźnie na górce mieli jakiś ostrzał – puścili salwę, ale na szczęście mnie nie trafili. Wpadłem do rowu, który się tam wzdłuż drogi po drugiej stronie znajdował. Zsunąłem się i nagle widzę, że ktoś leży. Jakiś człowiek. To się pod niego wsunąłem. Po jakimś czasie mogliśmy pójść do domu. Byłem cały zakrwawiony. Widocznie on został postrzelony, skorzystałem z tego, że się pod niego schowałem.

Na Włochy Anglicy rzucali na spadochronach broń i amunicję. Jeden taki pakunek – mówili na to „cygaro” – jakoś źle spadł i zawisł na balkonie. Zaraz się tam zjawili ci Ukraińcy, co mieli czerwone czapki i krzyże. Chcieli to zabrać, ale przyszli Niemcy, którzy byli ich zwierzchnikami, od razu ich rozpędzili i sami wszystko wzięli. Wtedy też były bombardowania  Niemców.

Gdzie Pan zamieszkał w Warszawie po ucieczce z domu?

Miałem pełno kolegów, którzy też nie mieli rodziców, bo ich pozabijali Niemcy. Nocowaliśmy gdziekolwiek. Jak na dworcu spaliśmy, to nas ganiali.

W jakiej dzielnicy Pan głównie mieszkał?

W Śródmieściu.

Miałem nawet taki wypadek, że stałem z tymi gazetami w alei, ktoś brał ode mnie jedną, a szedł Niemiec. Odwróciłem się, bo chciałem szybko sprzedać, jak najszybciej, i wtedy te wszystkie gazety się rozsypały. Wtenczas on do mnie coś po niemiecku, już chciał za pistolet łapać, ale szedł z kobietą. Ona mu coś powiedziała i poszli dalej.

Rozumiem, że po różnych domach nocowaliście? Noc tu, noc tam?

Tak. Właśnie wtenczas przechodziłem. Później upadło Powstanie. Ludzi wyprowadzali z Warszawy. Opowiem, jak mnie zabrali tutaj, jak mnie tu przywieźli.

Skąd dokładnie Pana zabrali?

Z Woli. Po prostu szedłem tak bezmyślnie jak dzieciak przy murze jakimś czy budynku. A szła kolumna – środkiem ludzie, po bokach eskortujący ich Niemcy z karabinami. Pilnowali tych ludzi i popychali ich czasami. Jeden z nich wziął mnie za kołnierz i wrzucił do środka. No i przyszliśmy tutaj.

Pamięta Pan coś z tej drogi? Jak Niemcy was traktowali? Ile osób szło, to była duża grupa?

Szły tysiące. To tak było, że jeden pan to mnie niósł, ale nie pamiętam szczegółów. Zresztą wie Pani, w gromadzie ludzi w środku…

Tutaj, w Pruszkowie, byłem ze dwa tygodnie. Spałem w jakiejś parowozowni.

Jak Pan zapamiętał pobyt w obozie?

Musztrowanie, od czasu do czasu ktoś dostał pałą.

Jadł Pan tutaj coś? Była jakaś opieka?

Opieka?

Tutaj na terenie obozu byli polscy sanitariusze, którzy pomagali więźniom. Czy do Pana dotarła taka pomoc?

Nie, widocznie za krótko to wszystko było.

Pamięta Pan jakieś jedzenie rozdawane na terenie obozu?

Coś tam dostawaliśmy. Czasem wodę piliśmy, czasem chleb dostawaliśmy. Ale nie pamiętam dokładnie.

Opowiem, jak udało mi się uciec. Przyszedł Niemiec, miał kilka worków. Ustawił wszystkich, rzucił te worki, to ja złapałem jeden. Każdy miał swój. Jak z jednej strony było wprowadzenie, to z drugiej – były drzwi takie, ale pojedyncze. Myśmy byli po jednej stronie, a po tej drugiej wyjeżdżały parowozy. Wychodzimy na główną ulicę i idziemy nią. Część ulicy skręca, a część prosto prowadzi na dworzec w Pruszkowie. Nie wiem, jak to teraz jest. Szliśmy. Ta główna ulica biegła prosto, a druga skręcała, nią doszliśmy do piekarni. Piekarz dał każdemu po cztery, pięć czy sześć bochenków do tego worka i szliśmy z powrotem. Niemiec nie chciał wracać tą samą drogą, którą myśmy tu szli, ulicą, tylko przez taki kanał, w którym woda stała, ale nie było mostka, tylko podkłady kolejowe poukładane. Takie nie pierwszej młodości. Niemiec przeszedł pierwszy, stanął na tym podkładzie, karabin trzymał, a my szliśmy z tymi workami. On wykrzykiwał: „Raus, raus”, i się zatrząsł po prostu. Wystarczyło, że jeden z nas, nie pamiętam który, popchnął go. Wtenczas ten chleb rzuciłem i prosto tą drogą leciałem. Aż do dworca dotarłem. Nie tyle do dworca, ile do torów kolejowych. Patrzę, stoi wagon osobowy. Wpadłem do tego wagonu i pod ławkę się schowałem. Kiedyś nie było takich kaloryferów jak teraz, jak po wojnie, więc się tam schowałem. Nie pamiętam dokąd jechał ten pociąg… Za Kielce?

Czy myśli Pan, że to mógł być pociąg, który był transportem więźniów? Pociąg odjechał pusty czy ludzie do niego weszli?

Nie wiem. Widocznie zemdlałem albo spałem. Musiałem dość długo spać.   Dojechałem do Tarnowa. Obudziłem się, wyszedłem z tego pociągu. Wagon stał na bocznym torze, stanąłem przy nim. Wzdłuż torów stały takie pojedyncze budynki, domki jednorodzinne, wille. Zapukałem do jednego, otworzyła mi kobieta. Zapytałem się, czy nie mógłbym dostać czegoś do jedzenia, czy dałoby przespać się u niej. A ona na mnie nakrzyczała: „Co ty, teraz rano się robi, a ty chcesz spać?!” i mnie wygoniła. Widocznie całą noc jechałem. Ale poszedłem do drugiego domu, zapukałem i druga kobieta mnie wzięła. Powiedziała: „Usiądź tutaj, to ja ci zrobię jedzenie”. Jak robiła mi to jedzenie, to ja zasnąłem, byłem tak zmęczony. Później dopiero mnie obudziła, kazała się umyć, dała mi jedzenie. Po wszystkim podziękowałem i poszedłem. Tam też, jak to po wojnie, dużo dzieci było bez rodziców, więc się szwendało z kąta w kąt. I tam też poznałem nowych kolegów. Oni mieli już takie opracowane metody kradzieży, przeważnie owoców. Kradli na bazarach, na tym rynku przy hali. Mieli takie długie zaostrzone druty, którymi nadziewali sobie jabłko i już było ich. Jakoś trzeba było żyć. Któregoś razu nie udało mi się i mnie złapali, zabrali na policję, więc tam kłamałem. Powiedziałem, że Ruskie i Niemcy zabili mi rodzinę. Wszyscy tak mówili. No i oni mnie odwieźli do sióstr, do zakonu. Siostry się zorientowały, że jestem niezbyt czysty i że mam świerzb. Ciuchy zabrały, mnie wykąpały w takim sinym kamieniu. Zamknęły w pomieszczeniu, ręce mi zabandażowały, żebym się nie drapał. Chyba byłem tam parę miesięcy od powstania. Zima była. Potem zima się skończyła. Tak gdzieś do kwietnia tam przebywałem.

Wie Pan, w jakiej miejscowości znajdował się zakon sióstr?

Właśnie z żoną szukaliśmy, ale nie mogliśmy znaleźć. Nikt nie wie, gdzie to było.

Pamięta Pan nazwę zgromadzenia albo kolor habitów?

Nie zwracałem uwagi na takie rzeczy. Miały takie czapki.

Były tam inne dzieci?

Nie widziałem tam żadnych dzieci.

Zawsze było tak, że szliśmy na mszę świętą. Tu były postawione budynki i dalej były budynki, tu była brama, a na podwyższeniu stał kościołek, tak jakby w powietrzu. Jak już wydobrzałem, to pozwoliłem sobie na opuszczenie tych sióstr. Wsiadłem później w pociąg i pojechałem do Warszawy. Do Warszawy na Dworzec Wschodni.

To już było po wyzwoleniu.

Tak. Już po wyzwoleniu. Na tym dworcu handlowały kobiety, a ponieważ jeździło wojsko i nieraz jakiś Ruski czy inny koszyk czy wózek chciał im porwać, przywiązywały więc je do ręki albo do nogi. Jak jeden by ją pociągnął, to musiałby ją przewrócić, a przecież nie będzie ciągnął całej kobiety z wózkiem czy koszykiem. Od razu uciekał. Był też oddział wojskowy, który jechał z Berlina i się zatrzymał przed mostem Śląsko-Dąbrowskim. Pamiętam, że jak ruszył, to Wisła płynęła. Zawołałem do jednego, żeby dał trochę jeść czy coś. A on powiedział mnie: „Chodź”. Poszliśmy do wagonu, nieco mnie nakarmił i się pyta: „Gdzie ty masz rodziców?”, ja mówię, że Germańcy zabili. Wtedy on poszedł gdzieś, a jak wrócił, zapytał: „Chcesz być moim synem?”. Ja na to: „Dlaczego nie”. No i się zgodziłem. Oni mieli skład towarowy, a w środku, gdzie się mieścił sztab oficera, osobowy. Przez Chełm Lubelski jechaliśmy na Ukrainę, przedtem to wszystko Rosja była. Jechaliśmy. Zatrzymali nas, staliśmy dwa tygodnie, bo NKWD kazało się żołnierzom rozbroić, a wojsko nie chciało. W końcu przepuścili, bo to była jednostka specjalna z Berlina. Mieli tam różne rzeczy – zwycięzca zawsze coś ukradnie, coś weźmie na pamiątkę dla siebie czy dla rodziny. W przedziale u góry była taka półka, walizkę można było tam włożyć, więc ten żołnierz mnie tam schował, z brzegu czymś przykrył. To było dosyć głębokie. Nie byłem tłuściochem, raczej chudy byłem.

Jak się zachowywał wobec Pana?

Był w porządku. Przepuścili nas, jechaliśmy dosyć długo, ze dwa miesiące, do jakiejś jednostki. Rozładowali nas i on gdzieś poszedł. Nie było go przez jakiś czas. Wrócił i był strasznie zmaltretowany. Okazało się, że jego rodzinę Ukraińcy zamordowali i w piecu w parowozie spalili. Pamiętam, jak on mi to mówił. Do dnia dzisiejszego mi się to przypomina.

Miał żonę i dzieci?

Nie, dzieci nie miał. Tylko żonę i rodziców. W końcu powiedział do mnie: „Co ja cię będę trzymał. Teraz nie mogę cię wychowywać, bo to przecież sam jestem, ale poślę cię do szkoły kadetów”. No i pojechaliśmy, ale gdzie –  czy do Kijowa, czy do Moskwy – nie wiem. Pamiętam, że taki potężny budynek był z czerwonej cegły. On mnie wprowadził do góry po schodach, gdzie stał jakiś wartownik. Posadził mnie na ławce i poszedł załatwiać jakieś sprawy. A ja sobie pomyślałem: „Co ja tu będę robił? Ja chcę do domu!”. Patrzę, że ten wojskowy poszedł w tamtą stronę, to ja po schodach w drugą i uciekłem. I tak z tej miejscowości do Lwowa się przedostawałem. Najdłużej się zatrzymałem w miejscowości Kowel.

Jak Pan podróżował? Pociągiem?

Szliśmy lasami. Nieraz tak było, że człowiek się na ziemi położył, liśćmi przykrył. Jak byliśmy głodni, to te starsze chłopaki wiedzieli, co można zjeść. Takie liście były przy niektórych drzewach, to obcinali je, do ust wkładali i tak trzeba iść i to rzuć. One soki puszczały i człowiek mógł dwa, trzy dni wytrzymać, nie jedząc.

Czyli była większa grupa tych chłopców?

Tak. Nas ze stu było.

Ze stu? Tylu się zebrało po drodze?

Tak, po drodze się dołączali. Pamiętam raz, jak wojsko prowadziło bydło. Z zachodu do siebie. Ci starsi robili sobie taką broń. Część prochu wsypywali w łuskę, a potem ten pocisk puszczali głębiej i nasypywali na wierzchu trochę prochu. Następnie podpalali na wierzchu proch, on się zapalał głębiej i ten pocisk stąd wyskakiwał. Jak się w nocy zbliżali pod jakąś krowę czy pod coś, podpalali to i tak ruszali. Z 15 metrów można było nawet zabić człowieka. Jak się ogień dostawał do tego tylnego prochu, to następował wybuch. Jak to trafiło w krowę, to krowa po jakimś czasie zaczynała kuleć, wtedy oni zabijali krowę, zabierali co dobre, a resztę my mogliśmy wziąć.

Później, gdy zachorowałem, to mnie przenieśli pod furtkę do gospodarza. Ten gospodarz mnie przygarnął do siebie i zaczął jakimś zielskiem leczyć, żebym wydobrzał.

Gdzie to było?

Wszystko na Ukrainie czy w Rosji. On mnie chował. Spałem z nim na piecu. Można powiedzieć, że to było duże łóżko na piecu. Jak wydobrzałem, to on mi dał jeszcze taki swój płaszcz wojskowy. Miał dziury w miejscach, gdzie go postrzelono. Nie wiem, może to tylko podarte było. Dał, żeby mi cieplej było. I tak poszedłem. Wędrowałem lasami, obrzeżami wsi, żeby czasem kartofle wyrwać czy cokolwiek, co w ziemi było do jedzenia. Niektórzy gospodarze mieli broń i strzelali do takich dzieciaków. Uciekaliśmy.

Zginął ktoś?

Tego nie pamiętam. Widzieli, że to dzieciaki, więc tylko tak, żeby postraszyć. I tak powoli do tego Kowla doszedłem. Koniecznie chciałem do Polski. Chodziłem na dworzec i wypatrywałem pociągów z napisem „Poland”. Jak był jakiś wagon do Polski, to można się było gdzieś tam załapać i przejechać. W tych naszych starych wagonach były takie skrzynki pod spodem. Nie wiem, czy teraz gdzieś się takie stosuje. Wlazłem do tej skrzynki, ale szedł jakiś strażnik z psem i pies mnie wytropił. Złapali mnie, zaprowadzili do komisarza. Komisarz trochę po polsku umiał, widocznie był ze strony polskiej, bo na Ukrainie przecież Polacy też byli. Posłali mnie do jakiegoś zamku. Koło niego, pamiętam, płynęła rzeka. Mnie i innych młodzieżowców, których wyłapali. Tam rozebrali nas, dali koce i piżamy jakieś. I tak musieliśmy siedzieć. Od czasu do czasu jedzenie przynosili.

Byłem tam do zimy, potem udało mi się uciec. Poszedłem do Równego, też na Ukrainie, niedaleko Kowla. Tam też był pociąg do Polski. Dostałem się do tej budki, która była na końcu wagonu. Teraz już takich nie ma. Tam było wciągnięte trochę słomy. Położyłem się pod tą słomą, ale przyszedł strażnik, zdjął karabin i zaczął kłuć bagnetem umieszczonym na jego końcu. Jak mnie ukłuł w tyłek! I znów mnie stamtąd wyciągnął i zaprowadził do takiego oficera. Oficer wstał, odsunął stół, otworzył klapę i kazał zejść na dół. Zszedłem, spojrzałem, a tam w tej piwnicy siedziało jeszcze z piętnastu takich. Niektórzy wszy mieli. Wzięli te ubrania, popalili je i w lepiankach spaliśmy.

Znów, jak już trochę wydobrzałem, to stamtąd uciekłem. I tak lasami, lasami w kierunku Lwowa. Po drodze to się owoce jadło, to, co się znalazło, co się ukradło.

A skąd wiadomo było, gdzie iść?

Ja się trzymałem torów kolejowych.

Wtedy już był Pan sam czy też w grupie chłopców?

Nie, byłem sam. I znów pociąg towarowy jechał przez dworzec, przez stację. Dostałem się do tego wagonu towarowego, ale nie było drabinki, żeby do góry wejść, więc stałem na stopniu między wagonami. Pociąg przyspieszał, chciałem jakoś tak skoczyć i kapota, którą miałem na sobie, tak mi się zawinęła, bo za duża była, że uderzyłem głową i straciłem przytomność. Jak mnie znaleźli, to znów trzy tygodnie u gospodarza leżałem i znów mnie tym zielskiem ratowano. Z kolei gdy do Lwowa się dostałem, to zachorowałem na tyfus. Gorączki miałem  ponad 40 stopni. Miałem szczęście, że akurat do Polski pociąg jechał. Jeden wagon był taki ze słomą. Ktoś mnie znalazł na ulicy i załatwił, że mnie przewieziono do Przemyśla. Tam trafiłem do szpitala. To akurat było wtedy, kiedy gen. Karola Świerczewskiego zabili, co była ta wojna w 1947 roku. Wreszcie jakoś wydobrzałem, dali mi takie papiery, dokumenty repatrianckie, i powiedzieli, że mogę sobie znaleźć rodzinę. Wiedziałem, że się urodziłem w 1932 roku, taką miałem informację. Ale nie wiem, czy to czasami koledzy mi nie wmówili, chcąc mnie podbudować, że jestem starszy.

Bo w rzeczywistości urodził się Pan w 1934 roku.

Tak. Dopiero później w Brodnicy się to wyjaśniło. Tam matka mieszkała, dziadek miał tam rzeźnię.

Jak Pan znalazł rodzinę?

Pojechaliśmy do Poznania. W Poznaniu była nagonka na te wszystkie dzieci, które się szwendały. Łapali wszystkich, zabierali na policję, od razu był sąd i sędzia decydował. Jak trafił się jakiś łobuziak i policja miała informacje, że on kradł albo coś takiego, to wysyłano go do zakładu poprawczego. Ja zostałem skierowany do zakładu wychowawczego z zaleceniem odszukania rodziny. To było w Skokach za Poznaniem. Miałem tam dobrze, bo dyrektor tego ośrodka i jego żona byli bardzo dobrzy. Urodziwy byłem, to mnie dyrektorowa ładnie ubierała, podawałem im, jak oni się bawili, mieli gości. Z kuchni przynosiłem jedzenie, wszystko podawałem. Kiedyś poszedłem po schodach do biura, miałem coś załatwić i tam natknąłem się na takiego faceta. Tak się na mnie patrzył, patrzył. Zapytał, jak się nazywam. Odpowiedziałem: „Jastrzębski”. „Jastrzębski?”. „Tak”. „Ja też miałem kolegę we Francji – bo on z Francji wrócił – też się Jastrzębski nazywał, Antoni”. No i okazało się, że to mój ojciec był. Taki zbieg okoliczności.

Musiał podobieństwo zobaczyć, że się zapytał.

Miał zdjęcie ojca, obejrzał je. Powiedział: „Ja ci tu zaraz dam przepustkę, pojedziesz do tej Brodnicy. Jak znajdziesz rodzinę, to nie wracaj, jak nie znajdziesz, to przyjedziesz”. Pojechałem i znalazłem tam moją rodzinę.

Jak to się stało, że tam się rodzina tam przebywała?

To byłaby długa rozmowa. Matka z ojczymem zamieszkali w Brodnicy. Za okupacji wyjechali. Ojczym otworzył tam zakład fryzjerski.

Czyli mama, ojczym i młodsze rodzeństwo nie byli przymusowo wysiedleni?

Nie, w ogóle. Matka w ogóle miała dużo szczęścia. Ten jej drugi mąż był fryzjerem na Dworcu Głównym w Warszawie. Któregoś razu zrobili łapankę i jego zabrali na Pawiak. W tym samym budynku, gdzie myśmy mieszkali, był pułkownik. Matka perfekt po niemiecku mówiła i się z nim dogadała. Dał jej jakieś dokumenty, pojechał i matka przywiozła ojczyma. Teresa, siostra, urodziła się w 1947 roku, mnie wtedy z nimi nie było.

Jak długo Pan się tułał? Kiedy Pan znalazł rodzinę?

To mógł być 1948 rok.

Pamięta Pan spotkanie z matką po tym długim czasie?

Właściwie matka była już zadowolona że syna nie ma, że ma swoje małżeństwo z drugim mężem i ma dwoje dzieci. Była już szczęśliwa. Nie bardzo była zadowolona z mojego powrotu. Odesłała mnie do ciotki do Nowego Miasta Lubawskiego. Tam była siostra ojca. Ojciec, jak przyjechał z Francji, to się osiedlił w Żaganiu.

Bardzo burzliwe losy.

Teraz to się człowiek śmieje. Dobrze, że dzieci nie odczuwają tak tego. Dorosły jest na więcej rzeczy narażony. A dziecko to zawsze jakoś sobie poradzi. Jeden wygoni, drugi człowieka przyjmie. I dlatego tutaj przyjechałem, bo chciałem to zobaczyć.

Powiązane hasła

”None