menu

Lach Janusz Stanisław – Z przeżyć sześcioletniego chłopca

Lach Janusz Stanisław – Z przeżyć sześcioletniego chłopca

Janusz Stanisław Lach, ur. w 1938 roku, pod koniec okupacji mieszkał wraz z matką przy rynku Nowego Miasta na warszawskiej Starówce. Jego ojciec, Edward Lach, został wywieziony na roboty przymusowe do miejscowości Celle koło Hanoweru, gdzie zginął w 1943 r. Wybuch Powstania Warszawskiego zastał Pana Janusza Lacha oraz jego matkę, Jadwigę z d. Miętosiewicz, gdy przebywali poza domem.  1 sierpnia zaczęła się ich tułaczka po ulicach walczącego miasta, która trwała aż do końca Powstania. Po jego kapitulacji zostali pognani do obozu Dulag 121, skąd  trafili do wsi Seredzice. Prezentujemy wspomnienia dotyczące przeżyć z Powstania oraz życia na wygnaniu spisane przez Pana Janusza Lacha w 2004 roku.

Janusz Lach z mamą Jadwigą po prawej stronie, ciocią Marią po lewej oraz dalszą rodziną, ok. 1944 rok, Warszawa. Fot. z arch. prywatnego

Wspomnienia niedoszłego powstańca

Dzień 1 sierpnia 1944 r. musiał być dniem bardzo ciepłym, a może nawet upalnym. Wnioskuję to z pamięci po ubiorach, w jakich spacerowaliśmy po ulicach Warszawy tego dnia z mamą, ja w krótkich spodenkach i koszulce, mama w spódniczce, bluzeczce, z małą torebką. W kilka miesięcy później zawartość tej torebki uratowała życie mojej mamie, a może i mnie, i nie były to żadne kosztowności, których zresztą przy sobie tego dnia w ogóle nie miała.

Wracaliśmy z wizyty u cioci Marysi zamieszkałej przy ul. Czerwonego Krzyża 21/23 (dziś ten odcinek przemianowano na Jaracza). Wolno, spacerowym krokiem rozpoczęliśmy pieszy powrót do domu. Z ulicy Czerwonego Krzyża skręciliśmy w lewo w Powiśle i gdy uszliśmy kilkaset metrów, usłyszeliśmy strzelaninę, jakby bezładną. Odgłosy dochodziły  z różnych miejsc, bliższych i dalszych. Nie było w tej strzelaninie nic nadzwyczajnego, zdarzało się to od czasu do czasu w ciągu całego okresu okupacji Warszawy. Należało wtedy zejść z ulicy, schować się, a najlepiej schronić się we własnym domu. Pomni tego rytuału, biegiem ruszyliśmy w stronę ulicy Tamki szukając odpowiedniego schronienia. Strzelanina nie ustawała, wręcz się nasilała, słychać ją było z różnych stron. Było to niepokojące. Najbliższe schronienie udało nam się znaleźć w kościele św. Teresy na Tamce. Nie byliśmy sami, znajdowali się tam już inni, którzy również szukali schronienia i wciąż przybywali nowi.

Po dwóch, trzech godzinach strzelaniny, wybuchów, których odgłosy dochodziły do wnętrza kościoła, przyszła informacja – wybuchło powstanie. Tłum zebrany w kościele zafalował, ludzie w większości zdecydowali się wyjść, by przedostać się do domów. Mama ze mną też wyszła, ale nie skierowała się wprost do domu, tj. w kierunku Starego Miasta, tam słychać było strzelaninę bardzo intensywną, lecz Tamką w górę, by od strony Śródmieścia próbować dostać się do domu. Pamiętam, że pierwszą noc wypadło nam spędzić u jakiejś koleżanki mamy na Śródmieściu, by od rana następnego dnia rozpocząć wędrówkę do domu. Wędrówkę, która trwała przez całe powstanie i nigdy nie zakończyła się sukcesem.

Była to podróż przerażająca – przez gruzy zbombardowanych domów, wśród krzyku rannych wołających o pomoc, wśród poległych, którzy leżeli już cicho. Widok krwi i otwartych ran był ciągły, nieustanny i dla mnie, sześcioletniego chłopca, był widokiem wstrząsającym i okrutnym. Nie potrzeba było wędrować, żeby zdarzenia zobaczyć, one same często przychodziły do ludzi, którzy przebywali w jednym miejscu. Ja z mamą wędrując od domu do domu, od ulicy do ulicy, od dzielnicy do dzielnicy, widzieliśmy jakby ocean tych nieszczęść. Dziś w pamięci odbieram to tak,  jakbym przebywał właśnie w jednym miejscu, a tylko wyselekcjonowane przez pamięć obrazy zdarzeń przesuwały się przed moimi oczami. Czas, który minął od tamtych zdarzeń zweryfikował, że nie droga była ważna, tylko to, co na tej drodze spotykaliśmy. Droga się zatarła, ale obrazy ważnych dla mnie wtedy zdarzeń pozostały wyraziste, żywe, obrazy, których nie można zapomnieć nigdy, a pamięć o tamtych zdarzeniach winna przetrwać pokolenia.

Od pierwszych dni powstania czuliśmy z mamą, że nie było chaosu w tej bitwie o Warszawę, od samego początku nasze wędrówki odbywały się z przewodnikiem, a funkcję tę pełniły łączniczki. Przenosiły one pocztę, rozkazy, przeprowadzały ludzi cywilnych i samych powstańców od punktu do punktu, po prostu profesjonalnie znały drogę i jej bieżące, zmieniające się wciąż realia. Bezdomni – tacy jak my, lub ci ze zburzonych domów – mieli organizowane noclegi i sposób na przetrwanie. Ważnym miejscem życia Warszawy były piwnice, a funkcje ich były wielorakie. W naszym życiu podróżników służyły nam często jako miejsce zorganizowanych noclegowni, w których również często nocowali mieszkańcy kamienic bojący się nocnych bombardowań. Oczywiście, było ryzyko zasypania żywcem w piwnicy w razie zawalenia domu, ale to zagrożenie było traktowane jako lżejsze, bardziej humanitarne, niż lot w czasie snu w wygodnym łóżku jako część rumowiska. Podczas dziennych bombardowań piwnice również były używane jako schrony. Piwnice w zwartej zabudowie kamienic wzdłuż ulic służyły też jako ścieżki podziemne, na które składały się korytarze piwnic, połączone pomiędzy domami przekutymi przejściami. Kto to przekuwał i kiedy, tego nie widziałem, to jakby istniało od samego początku.

Przy jednej ze ścieżek piwnicznych napotkaliśmy „szpital” polowy, gdzie za salami dla rannych były otwarte pomieszczenia piwnic. Widok i zapach krwi, jęki i krzyki rannych, brak środków opatrunkowych widoczny gołym okiem, wręcz głoszona niemoc przez personel szpitalny, były obrazową prezentacją tego szpitala. Jeden przypadek przerastał grozą wszystkie inne, otóż w korytarzu piwnicy, a więc na wprost na ścieżce komunikacyjnej siedział pół leżąc, oparty o ścianę mężczyzna, który dłońmi wpychał sobie na powrót wypływające wnętrzności z rozprutego  brzucha, wołając nieustannie „ludzie ratunku”. Siedział pod ścianą korytarza, bo w „szpitalu” nie było już miejsca, a tak naprawdę to żadnego dla niego ratunku i nawet cienia szansy na przeżycie nie było. Ułożony był na korytarzu blisko wyjścia, bo i śmierć była bliska, tak się o tym mówiło głośno w tym miejscu. Porażający ogrom ludzkich cierpień, rzeczywistość tak odmienna od tego,  jak zaspokajane były potrzeby chorego w cywilizowanym świecie, to jeden z obrazów okrucieństwa, jakie może wyrządzić człowiek drugiemu człowiekowi.  Już wtedy, jako dziecko, tak to odbierałem.

Pamiętam, że jednym z „dostarczycieli” rannych do tego szpitala, było pobliskie skrzyżowanie ulic. Skrzyżowanie to leżało na ważnym szlaku komunikacyjnym wędrujących warszawiaków, ale było ono kontrolowane przez niemiecki karabin maszynowy i snajperów. Obowiązywała zasada, że Niemcy pozwalali pod białą flagą sanitariuszom znieść rannego ze skrzyżowania, ale tylko w kierunku powrotnym, z którego wybiegł. Ewakuacja do przodu oznaczała również wyrok śmierci dla sanitariuszy.

Przekonałem się o tym jako naoczny świadek i słuchacz, gdy długi czas staliśmy z mamą trzymającą mnie bardzo mocno za rękę tuż przed tym skrzyżowaniem, bo nasza najkrótsza „droga krzyżowa” wiodła przez to skrzyżowanie. To doświadczenie odebrało mamie siły i chęć na próbę przedostania się na drugą stronę ulicy. Jedyną inną drogą naprzód był właśnie ten korytarz szpitalny z przebitymi przejściami. Była to droga nieznana, nie ukierunkowana na nasz dom, ale mieliśmy nadzieję, że a nuż z innego miejsca znajdziemy upragnione przejście w pożądanym kierunku. Takich snajperskich skrzyżowań było chyba więcej, bo pamiętam, jak łączniczka przeprowadzała nas przez skrzyżowanie w innym miejscu, ale było ono już zmodyfikowane przez powstańców, przez wykopanie rowu, w którym człowiek schylony miał szansę przebiec. Była to jednak tylko szansa, bo mężczyzna biegnący przed nami upadł ranny, łączniczka jako pierwsza przedostała się na drugą stronę, a my z mamą zawróciliśmy. Jedynej drogi, jakiej nie próbowaliśmy to przejście kanałami, zresztą nawet nie wiem, czy nam ktokolwiek tę drogę proponował.

Wędrówka nasza trwała tylko przez mamy upór. Pomagała motywacja, że w domu czeka ubranie, jakaś żywność, możliwość ogrzania, własne schronienie, pozostawiony dobytek. Wszystkie łączniczki informowały nas, że przedostanie się na rynek Nowego Miasta jest niemożliwe, z uwagi na ciężkie walki, jakie się toczą w całym rejonie Starego Miasta.

Z przewijających się obrazów pamiętam groby, wszędzie groby, gdzie tylko był dostęp do miękkiej ziemi, nie zajętej przez bruk i chodnik. Groby na skwerkach, na trawnikach ulic, w ogródkach przydomowych. Inny obrazek z marszu donikąd: napotykamy w ulicy ogromny lej po bombie, w leju leży zabity koń, przy zabitym koniu ludzie rozbierają resztki mięsa. Koń musiał być zabity całkiem niedawno.

W innym miejscu znaleźliśmy się wśród oddziału powstańców, którzy wrócili z akcji odbicia zajętej przez własowców ulicy. Opowiadania ich były wstrząsające, byli w rozpaczy, w szoku. Widzieli nie skutki wojny, lecz skutki rzezi ludności cywilnej, okrutnej, bestialskiej. Jeden z opłakujących przyrównał to, co widział do historycznych rzezi tatarskich. Widzieli ciała zgwałconych kobiet, roznegliżowane, bestialsko okaleczone z poucinanymi piersiami.

Jeden dzień i noc spędziliśmy gdzieś w domu sióstr zakonnych. Była to suterena, a okna jej wychodziły prosto na ulicę. Mieliśmy więc pełny wgląd w to, co tam się dzieje. Tylko tyle zapamiętałem z topografii położenia.  Była to chyba stołówka, bo były stoliki i krzesła, a salę przeznaczono na salę dziennego i nocnego pobytu ludzi potrzebujących ochronienia i pomocy. Było nam tam dobrze. W nocy było ciepło, a w dzień wydawano gorącą zupę. Pomimo to, mama rankiem, po dwudziestu czterech  godzinach pobytu, uznając miejsce za niebezpieczne, ruszyła ze mną dalej w nieznaną przyszłość. Po kilku dniach doszła do nas wiadomość, że miejsce, które opuściliśmy odkryli Niemcy i wszystkich zabili. Czy była to prawdziwa informacja, tego nigdy już nie sprawdziliśmy.

W końcu, w jakiejś noclegowni piwnicznej, mama zarządziła dłuższy postój. Nie pamiętam, co było przyczyną, czy zmęczenie, czy chłody, czy „dobre warunki mieszkaniowe”, czy łatwiejszy dostęp do żywności. Wymieniłem według mnie wszystkie powody, które mogły się liczyć. Mama często zostawiała mnie ,,w domu” pod czyjąś opieką, a sama wychodziła zdobywać środki do przeżycia. Opieka była „nieszczelna”, a ja, niesforny, natychmiast z tego korzystałem i robiłem wypady chcąc rozpoznać teren pobliskich kamienic i ulic i w poszukiwaniu rówieśników.

Ogromnym niebezpieczeństwem w tym czasie było ostrzeliwanie artyleryjskie Warszawy przez Niemców. Gdy doszedł głos ryczącej krowy, jak nazwali warszawiacy pewien rodzaj armat niemieckich, wszyscy, kryjąc się, czekali na pierwszy wybuch. Dawał on rozpoznanie, jaki rejon Warszawy Niemcy wybrali do bombardowania, wybuch daleki oznaczał bezpieczeństwo, wybuch bliski oznaczał, że ostrzeliwują nasz teren.

I w końcu stało się. Kiedy mama wyszła zaryczała krowa i za chwilę kropnęło tuż, tuż.  Później ryczało jeszcze wiele razy, a wybuchy krążyły wokół mnie po ulicy. Dom obok oberwał, był uszkodzony, zorganizowana ekipa już szukała rannych, w parterze domu powstał otwór do sklepu – mydlarni. Wszedłem do środka sklepu przez wywalone wybuchem drzwi. Ludzie będący już w środku ściągali z półek, co komu popadło i wynosili zabrany towar do własnych domów. Ja wziąłem porzucony wałek do malowania, wziąłem, bo chciałem coś mieć. Nie chciałem penetrować tego sklepu, było tam nieprzyjemnie z uwagi na zachowanie ludzi, ale również z uwagi na to, że sklep był zasypany niebieskim pyłem, ponieważ odłamek z wybuchu trafił w beczkę z suchą niebieską farbą, która teraz znajdowała się wszędzie i znaczyła ubrania i ciała szabrowników.

Będąc już z powrotem na ulicy, dostrzegłem, kilkadziesiąt metrów dalej, zgromadzenie na chodniku. Doszła do mnie informacja o następnym rozbitym sklepie, może, sądziłem,  dla mnie ciekawszym niż mydlarnia. Pobiegłem w to miejsce. To, co mnie tam spotkało, było już przedmiotem moich opowiadań ustnych w różnych okresach mojego życia w wielu środowiskach. Otóż, zgromadzony tłum stał przed sklepem jubilera. Wystawa sklepu prezentowała bogactwo, a oczy patrzących widziały we wnętrzu sklepu wielokrotność tego, co na wystawie. Stojący tłum napierał dosłownie na stojącego przed sklepem jubilerskim wartownika, argumentując: „Przecież jak pieprznie bomba i to tak wszystko rozleci się, jak ta mydlarnia, i wszystko przepadnie…”. Sens odpowiedzi żołnierza AK będzie we mnie tkwił do końca mojego życia, a brzmiał on mniej więcej tak: „Jeżeli budynek zostanie zbombardowany to siła wyższa, ale teraz ten stojący sklep z bogactwem nikomu w tym miejscu i w tym czasie nie jest niezbędny do życia i zdrowia, nie nakarmi głodnych. Pozwolę rozbić sklep, żebyście mogli go obrabować – nie dla wszystkich wystarczy, będą świadkowie, domysły, podejrzenia kto i ile wziął. Zaczną się w mroku nocy kradzieże, mordy, wszystko po to, żeby zdobyć jak największe bogactwo. Będziecie żyli w ciągłym strachu i zagrożeniu już nie tylko od Niemców, ale przed sobą nawzajem, nieustannie. Ten nienaruszony sklep z bogactwem, to prezentacja naszego ładu obywatelskiego, to pokaz naszej polskiej dumy, że okupant który nas zabija, okrada, zmusił nas do tego powstania, nie dokonał upodlenia, o które tak bardzo zabiega. To istota naszej państwowości. Gdy zginie nasza istota, to zginie i nasze państwo, zginiemy i my.” Argumentację tego żołnierza AK odebrałam z podziwem, dumą. To były słowa polskiego patrioty. Czułem tak samo, tylko nie umiałem wtedy tego wypowiedzieć. Za tymi żołnierskimi słowami stało dokumentowane codzienne zmaganie się z wrogiem, przelewana krew, oddane życie. Za tymi słowami stały patrole, które pilnowały porządku, można je było spotkać zawsze i wszędzie. Baliśmy się z mamą Niemców, ale nie przypominam sobie, żeby był dodatkowy strach przed bandyckim napadem, a chodziliśmy przecież dla bezpieczeństwa głównie ciemnymi zaułkami.  Przedwojenny warszawski złodziej miał swój honor, a warszawiacy, jak pisał Grzesiuk, „byli boso, ale w ostrogach”.

Była wojna, głód, poniewierka, śmierć na każdym kroku, a tłum spokojnie odstąpił od zamiaru rabunku sklepu jubilerskiego i ludzie rozeszli się do domów. Ważne było i jest to, że w środku walczącego Miasta, tylko za szybą znajdowało się złoto i drogie kamienie, a skarbu pilnował symboliczny wartownik. To Miasto było codziennie bombardowane, codziennie ginęło tysiące ludzi od kul, bomb, chorób, z głodu. Nie znalazł się jednak taki, który by zabił nocą wartownika. Ten strzegł tak naprawdę nie skarbu, lecz był symbolem naszego porządku, dumy i nadziei na najważniejszą nagrodę, na wolną i sprawiedliwą Ojczyznę, na którą wszyscy chcieli zasłużyć. Obrazem państwa są jego obywatele, chwała temu pokoleniu, które wydało tak wspaniałych synów i córki.

Nagle, któregoś dnia, mama zarządziła wymarsz na dalszą tułaczkę. Powodem na pewno było wyschnięte źródło. Nie szukaliśmy już drogi do domu, naszym jedynym celem było znalezienie miejsca na przeżycie. I zdarzył się cud. Kiedy pod kulami mijaliśmy dziesiątą, a może dwudziestą ulicę, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, gdzie iść, czym się okryć przed chłodem, gdzie znaleźć pożywienie, nagle rozpoczął się ostrzał artyleryjski. Mama odruchowo szarpnęła mnie za rękę próbując schronić się do najbliższej bramy, stawiłem opór wołając „mama, nie bój się, to nasi biją”.

„Będzie z niego dzielny żołnierz”, rzekł do mamy idący obok nas mężczyzna. Wywiązała się rozmowa, w której mama przedstawiła nieznajomemu naszą tragiczną sytuację. Cudem było właśnie spotkanie tego człowieka na naszej drodze życia. Napotkanym przechodniem okazał się oficer AK, który zajął się nami, zaprowadził nas do budynku, w którym urzędował, istniało w nim tzw. RGO, gdzie polecił wydać nam niezbędny ekwipunek. Dostaliśmy tego dużo, ale nie pamiętam, co. Jedyne co zapamiętałem to białe kalesony na troczki dla mnie i męską marynarkę. Pamiętam kalesony, bo odbierały mi one mają męską dumę i kojarzyłem się sobie z mamisynkiem ciepło ubranym przez mamusię. Marynarkę zapamiętałem, bo nosiłem ją długo, była ona moim jedynym wierzchnim okryciem przez najbliższą jesień, zimę i wiosnę, służyła mi jako płaszcz jesienno-zimowy. Miała kołnierz postawiony na stójkę (tę modę świat wprowadził dopiero za kilkadziesiąt lat), przewiązany czymś, co miało przypominać szalik, a sylwetka wytwornie podkreślona była przewiązanym sznurkiem w pasie. Dlaczego sznurkiem, a nie paskiem? Może były kłopoty w zaopatrzeniu, może było to zupełnie nieistotne w tamtej rzeczywistości, a może była taka moda, bo wiele osób tak chodziło? Długość rękawów była regulowana w zależności od temperatury, gdy było bardzo zimno wkładałem pod płaszcz, co tylko miałem, marynarka się podniosła i trzeba było odwijać rękawy, gdy było ciepło wykonywało się czynność odwrotną. Za okrycie głowy służyła mi damska chusta, która doskonale chroniła głowę i uszy przed przeziębieniem. Dostaliśmy nie tylko ubiór, ale również kwaterę, a mama pracę za miskę zupy dziennie na nas dwojga. Była to dzienna norma żywnościowa dla wszystkich żołnierzy i oddziału harcerzy. Do zadań mamy należało właśnie gotowanie tych posiłków.

Stacjonujący oddział harcerzy stał się natychmiast moim oczkiem w głowie. Codziennie rano brałem udział jako uczestnik-obserwator w apelu, odprawie i wymarszu gęsiego ścieżką w pobliskie gruzy, a potem gdzieś daleko na stanowiska i zadania. Apele wieczorne były często smutne, bo zmniejszała się wciąż liczba harcerzy powracających. Ranni i zabici nie wracali na tą kwaterę, zostawali gdzie indziej w nieznanych mi miejscach. Moja chęć pójścia z harcerzami do zadań została skwitowana przez dowódcę, „Skończyłeś 14 lat?  Nie, a więc poczekaj jak skończysz, wtedy pójdziesz.”

Powstanie upadło – exodus

W tym „stabilnym” życiu, doczekaliśmy się kapitulacji powstania. Przyszła wieść o ewakuacji mieszkańców Warszawy, a wraz z nią wieść, że matki rozdzielają od dzieci, dzieci jadą do Niemiec, matki jadą do obozu. Decyzja mamy była krótka i stanowcza – nigdzie nie wychodzimy. Za jakiś czas przyszła inna wiadomość: Niemcy nie mają już czasu i nie rozdzielają matek z dziećmi.

Wyszliśmy.

Długi wąż ludzi maszerował w nieznane, a ja z mamą byliśmy jedną z łusek tego węża. Po długim marszu doszliśmy do jakiegoś punktu rozdziału, gdzie stały powozy konne. Na wozy pozwalano wsiadać tylko słabym, nas zakwalifikowano do tej grupy. Już w nocy dojechaliśmy do Pruszkowa, kwatera była w jakiejś hali, bujająca się zapalona żarówka pod sufitem, a na posadzce woda po kostki. Była ciepła zupa, ale problemem było zdobycie jakiegoś naczynia, żeby ją dostać. Mama zdobyła. Spaliśmy na siedząco. Na czym mamie udało się usiąść, nie pamiętam, wiem, że nogi też musiała oprzeć na podwyższeniu, żeby nie trzymać ich w wodzie. Ja spałem przytulony na kolanach mamy. Obudziłem się w środku nocy, było niewygodnie, rozejrzałem się wokół – wszyscy spali, byli wyczerpani. Ale zobaczyłem przedziwny obrazek. Bliziutko nas i innych, wśród śpiącego tłumu ludzi, na maleńkiej wystającej z wody wysepce na słupku wyprostowany jak świeca spał szczur. Myślę, że inni też go widzieli, ale nikomu już to nie przeszkadzało, pełna symbioza. Kiedy obudziłem się rano, szczura nie było.

Naszym celem w podróży, stała się kwatera we wsi Seredzice, powiat Iłża, koło Starachowic. Niemcy rozdzielili warszawiaków na kwatery do wszystkich chat we wsi. Wspólne życie we wsi przez najbliższe miesiące świadczyły o tym, że warszawiacy zostali przez gospodarzy przyjęci życzliwie i ze zrozumieniem. Udzielano im wszelkiej możliwej pomocy, w tym dzieląc się jedzeniem. Tak było w całej wsi, oprócz chaty, gdzie trafiliśmy my. W chacie panowała gospodyni, była też jej córka, starsza ode mnie dziewczynka, na którą wołano Mańka. Gospodyni od samego początku okazywała nam nieukrywaną niechęć, między innymi odmawiając pomocy w wyżywieniu nas i dzieleniu się opałem. Mama była w tamtejszym majątku u dziedzica na rozmowie, z prośba o pomoc, ale zbył mamę byle czym. Przez jakiś czas pracujący w majątku ludzie, poruszeni naszą historią, kradli z majątku żywność i przekazywali mamie, żebyśmy mogli się wyżywić. To mogło być rozwiązanie chwilowe, a była już zimna, mróz, śnieg, zawieja, niegrzana izdebka i nieodłączna nasza towarzyszka od miesięcy – beznadziejna sytuacja.

I zdarzyło się coś potwornego. W środku nocy wdziera się do naszej izdebki patrol niemiecki, oficer plus dwóch żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału. Oficer z nagła przebudzonej mamie rozkazuje się ubierać, żołnierz widząc mnie śpiącego obok mamy, mówi do oficera „klajne”. Oficer odpowiada krótko „bandit”. Mama słysząc te słowa sięga do swojej maleńkiej torebki, oficer wyciąga pistolet kieruje w mamę i krzyczy „halt”. Mama informuje, mam tam dokumenty od Hitlera, „pokaż”, mówi oficer. Mama bacznie kontrolowana przez oficera i żołnierzy, którzy trzymają ją na muszce, wyciąga powoli posiadane dokumenty i daje je do rąk oficerowi (oryginały tych dokumentów posiadam, a kopie załączam do wspomnień). Oficer czyta otrzymane dokumenty, po przeczytaniu daje przeczytać żołnierzom, oddaje dokumenty mamie, pozwala z powrotem iść spać. Wychodzi z izdebki oficer, wychodzi jeden żołnierz, drugi ociągając się chwilę zostaje i mówi do mamy półgłosem po polsku, z akcentem śląskim: „twoja gospodyni oskarżyła się, że twój mąż jest w lesie w partyzantce, za stodołą czeka pluton egzekucyjny, żeby cię rozstrzelać. Zgroza!”

Akt zgonu Edwarda Lacha. Fot z arch. Muzeum Dulag 121

Partyzantka rzeczywiście w pobliskich lasach była, bo co i raz dochodziły do nas odgłosy strzelaniny. Jeżeli chodzi o dokumenty „od Hitlera”, które uratowały nam życie, były to oryginały otrzymanych telegramów niemieckich, zawiadamiających o śmierci ojca oraz otrzymany akt zgonu. Ojciec zginął w 1943 r. w miejscowości Celle koło Hanoweru, gdzie został wywieziony na roboty przymusowe. Z listu Polaków z obozu z tamtego okresu do mamy, wynikało, że przyczyną były naloty alianckie. List zaginął w czasie Powstania Warszawskiego. Zaginął i drugi list, niemiecki. Ten list był zdumiewający, nie mieszczący się w żadne ramy postępowania Niemców w czasie wojny. Otóż list był urzędowy i doszedł niedługo po otrzymanych telegramach. W liście Niemcy zawiadamiali mamę, że czekają z pogrzebem ojca do czasu przyjazdu mamy z dzieckiem na pogrzeb.

Edward Lach. Fot. z pryw. arch.

List wyjaśniał, że ciało ojca jest zamrożone w lodówce, a koszty przejazdu zostaną mamie zwrócone po przyjeździe. List wzywał do szybkiego przyjazdu. Zwołana rada rodzinna w tej sprawie zaopiniowała: „Jadziu (mama) nie jedź, już mu nie pomożesz, ten list to podstęp, im chodzi tylko o Januszka (dotyczy piszącego te słowa). Spodobał im się Edward (ojciec) jako rasowy blondyn o niebieskich oczach, zbudowany i silny jak gladiator, inteligentny, znający język niemiecki – po takim ojcu Januszek pasuje im do germanizacji jak ulał. Ty ze swoją urodą pójdziesz do obozu (brunetka, czarne oczy).” Nie pojechaliśmy. Tę opinię podaję na podstawie  ustnego przekazu mamy.

Wracając do zdarzeń z izdebki, to gdy wyszli Niemcy, już nie było nam z mamą do snu. Nastał świt, a potem południe, a mama ze mną ciągle siedziała w zimnej izdebce, sparaliżowana, przerażona, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Narastający głód, towarzyszące mu zimno, troska o mnie, wymuszały na mamie podjęcie jakiś działań i samo życie podsunęło pomysł.

Codziennie, przez okno naszej izdebki widać było następującą scenę. Przyjeżdżała niemiecka kuchnia polowa, stawała na wiejskiej drodze, a do niej w długiej kolejce ustawiali się żołnierze Wermachtu z menażkami po obiad. Dziś było tak samo. Mama ubrała mnie w opisany wcześniej strój z „domu mody RGO”, dała garnek, jaki miała (raczej duży) i poleciła mi iść po obiad. Poszedłem, dlaczego nie.

Bez wcześniejszego umówienia, sam stanąłem na końcu długiej kolejki, czym od razu wzbudziłem zainteresowanie żołnierzy niemieckich. Zaczęli pomiędzy sobą szeptać, wychylać się i oglądać mnie w kolejce, aż któryś poszedł na czoło i zameldował oficerowi stojącemu przy kotle, co się dzieje. Wyjrzał oficer i zawołał mnie „kom”, dając dodatkowo odpowiedni ruch ręką. Gdy doszedłem, zapytał – „po co przyszłaś, dziewczynko?” „Nie jestem dziewczynką, tylko chłopcem, a przyszedł po obiad, bo nie mamy z mamą co jeść” – odpowiedziałem. Widocznie odpowiedź przypadła do gustu oficerowi, bo wziął ode mnie garnek i kazał kucharzowi nałożyć do pełna, a kiedy oddawał mi garnek kazał przynieść drugie naczynie i dostałem jeszcze leguminę. Fortuna życia kołem się toczy, od „zajrzenia śmierci w oczy”, do szczęśliwego powrotu z „dalekiej podróży” i teraz dodatkowo pełny brzuch. Ale co będzie jutro? Ale jutro, pojutrze i przez następne dni Niemcy nie odmawiali wydania posiłku i dawali tyle porcji obiadowej, że starczało nam z mamą na całodzienne wyżywienie. Trwało to przez kilka tygodni, aż któregoś dnia zaczęła się we wsi bieganina niemieckich żołnierzy, szykowanie pojazdów i ładowanie w pośpiechu wszystkiego na samochody. Wyjaśniali krótko – jedzie „Iwan”. Za dwie godziny Niemców nie było już we wsi, za kilka godzin na czołgach z harmoszką przez wieś przejechali Rosjanie. Wraz z wojskiem przyszła informacja, że Warszawa jest wolna. We wsi rozpoczęły się nowe szykowania, to warszawiacy przygotowywali  się na wyjazd do domu.

Wracamy do domu

Ze wsi wyjechaliśmy wraz z innymi, jeszcze zimą, a my na podłodze wagonu platformy, siedzieliśmy ciasno jeden obok drugiego. Podróż trwała trzy doby, bo pierwszeństwo miały transporty wojskowe. W czasie długich postojów zdarzały się pogrzeby, nie wszyscy wytrzymywali trudy podróży i mróz.

Naszego domu w Warszawie nie było, tylko kupa gruzu. Zamieszkaliśmy tymczasowo na ul. Czerwonego Krzyża, obok miejsca, gdzie mieszkała ciocia z rodziną, dla wspólnej pomocy i bezpieczeństwa. Trzeba było dbać o własne bezpieczeństwo, bo szabrownicy bezkarnie przeczesywali miasto w dzień i w nocy. Jeżeli przy pukaniu nie usłyszeli głosu męskiego, potrafili kopem otwierać drzwi. Przeżyłem takie zdarzenie w biały dzień, gdy byłem sam w domu, drzwi zostały wyłamane i weszło dwóch oprychów, bo inaczej nie mogę ich nazwać, przejrzeli mieszkanie w poszukiwaniu cennych rzeczy. Nic nie wzięli, bo nic cennego nie było, poza życiem. Iluzoryczne bezpieczeństwo zapewniało nam słabe, bo częściowo zbombardowane, mieszkanie. Na takie mieszkanie było mało chętnych. Żeby mieć dobre mieszkanie, trzeba było mieć siłę je utrzymać. Silne grupy często wyrzucały słabsze z atrakcyjniejszych mieszkań. Czy była jakaś władza, która tego pilnowała? Nie przypominam sobie, więc chyba nie. Mama złożyła wniosek do ZUS o przyznanie mi renty po ojcu, dostała odmowę z uzasadnieniem, że nie dostarczyła dowodów płacenia składek ZUS przez ojca. Mama ze złością pismo podarła.

Epilog

Gdzieś w wieku 14 lat, a więc wieku, który limitował wcześniej możliwość zostaną Żołnierzem Powstania zwróciłem się do mamy: „pojedźmy do wsi Seredzice, żeby odnaleźć i ukarać tych ludzi, co tak bardzo chcieli nas skrzywdzić”. „Synu – odpowiedziała mama łagodnie ale stanowczo – nie będę się mściła, niech im ziemia lekką będzie”. Już nigdy więcej nie wracaliśmy do tego tematu.

Powiązane hasła

”None