menu

Milczarek Stanisław – „Do dziś śni mi się Zieleniak”

Milczarek Stanisław – „Do dziś śni mi się Zieleniak”

Stanisław Milczarek, ur. w 1940 r., w czasie okupacji mieszkał wraz z matką, Heleną Milczarek oraz przyrodnim starszym rodzeństwem – Jadwigą i Kazimierzem Tomczyńskimi na Ochocie przy ul. Opaczewskiej. Nigdy nie poznał swojego ojca, Stanisława, który, wróciwszy z Obrony Warszawy 1939, zginął podczas bombardowania Szpitala Ujazdowskiego. Podczas Powstania Warszawskiego na początku sierpnia rodzina została wygnana z domu i osadzona na Zieleniaku, który stał się źródłem traumatycznych wspomnień i motywem późniejszych powojennych snów Pana Stanisława. W obozie w Pruszkowie rodzina została rozdzielona. Czteroletni Stanisław wraz z matką zostali wysłani do Nowego Chąśna w okolicach Łowicza, natomiast jego rodzeństwo na roboty do III Rzeszy. Wygnania nie przeżył mąż Jadwigi, Ryszard Petersburski, który został zamordowany w obozie koncentracyjnym. Po wojnie rodzina powróciła do Warszawy. Tekst powstał na podstawie rozmowy z Panem Stanisławem nagranej w Muzeum Dulag 121 w 2018 roku.

Stanisław Milczarek senior (po prawej). Fot. z pryw. arch.

Nazywam się Stanisław Milczarek. Urodziłem się w marcu czterdziestego roku. Mieszkałem na Ochocie, przy ul. Opaczewskiej 24 mieszkania 3. Obecnie ten odcinek należy już ulicy Banacha. Pierwsze imię noszę po ojcu, drugie – Józef – po dziadku. Ojciec był malarzem pokojowym. Matka wpierw pracowała gdzieś w fabryce, w której produkowali jakieś opakowania, a potem na Hożej 51, w wytwórni serów. No a ojciec… z ojcem się nigdy nie widzieliśmy, bo ojciec w trzydziestym dziewiątym roku trzydziestego sierpnia zginął w Szpitalu Ujazdowskim. Wrócił z frontu, ranny, na koniu. Rodzina namawiała go, żeby zostawił tego konia i się przebrał w cywilne ubrania. Nie, bo on nie może tak, bo to dezercja. I poszedł do szpitala. I na nieszczęście Niemcy zaczęli bombardować ten szpital. Miał amputację obydwu nóg, ale już nie dało rady – za dużo krwi stracił, za późno to wszystko. No i zmarł. Zostałem z matką i starszym rodzeństwem z pierwszego małżeństwa mojej mamy. Siostra z nami mieszkała, natomiast brat pożenił się i mieszkał chyba na Siewierskiej. Zresztą oni często zmieniali mieszkania.

Co zapamiętałem z czasów okupacji? Pamiętam, jak mnie starsi chłopcy z sąsiedztwa, którzy mieszkali w tym samym budynku, zabierali mnie z sobą na glinki Szczęśliwickie, kiedy ich rodzice byli w pracy. Dawali mi zegar, budzik taki duży i musiałem pilnować czasu i wołać jak zadzwoni, żeby wracali do domu. Pamiętam jeszcze, jak wybudowali takie duże igloo na podwórku, a ja jako dzieciak z karabinem, zabawkowym takim, stałem na warcie, pilnowałem. Okna naszego mieszkania wychodziły na ulicę Opaczewską i na szkołę, Wolną Wszechnicę, w której stacjonowali Niemcy, później też Ukraińcy. Ja pewnego razu ten swój karabin wziąłem i zacząłem do nich mierzyć, ale siostra mi zabiera i mówi: „Jeszcze Niemiec jaki zauważy i strzeli. Nie będzie wiedział, co to jest”. Podczas Postania właśnie tam, w tej szkole, dantejskie sceny działy się z kobietami.

W tym czasie jak Powstanie wybuchło, ja z siostrą, i sąsiad, u którego rodziny byliśmy na tak zwanych „letniakach” wracaliśmy WKD. Jechaliśmy od strony Podkowy Leśnej. W okolicach ulicy Niemcewicza zaczęła się strzelanina. Wysiedliśmy, ale sąsiad z powrotem wskoczył w ten pociąg, i pojechał.

Musieliśmy zostać wygnani na samym początku Powstania. Ochota była przecież pierwsza, najbliżej mieliśmy do Zieleniaka, jak ja to mówię. Palił się nasz dom, uciekaliśmy. Pamiętam jedynie wielkie wrzaski i krzyki, to znaczy słyszę to. Trochę ludzi było obcych. Utkwiło mi w pamięci, nie wiem dlaczego, jak mężczyzna w ubraniu tramwajarza chował pod stopień drewnianych schodów pistolet. Bał się po prostu, że mogą przeszukać, i czapa wtedy. Wiem, że kiedy gdzieś przechodziliśmy, ja jeden but zgubiłem. Matka już się nie wracała po niego, tylko mnie zaciągnęła na Zieleniak. Zapamiętałam stamtąd tłum ludzi. Moja siostra była wysmarowana, wybrudzona, przebrana w męskie ubranie, miała obcięte włosy. Tak się ukrywała, właściwie maskowała, nie ukrywała, bo nie miała się gdzie ukrywać w tłumie. Chroniła się przed Ukraińcami. Miała wtedy jakieś 19-20 lat. Niemalże naprzeciwko Zieleniaka mieliśmy taką działkę pracowniczą – teraz tam bloki stoją – i żona brata wyżebrała u Niemca, żeby mogła pójść tam, wykopać coś z tej działki, jakieś ziemniaki. Prosiła najpierw jednego z Ukraińców, ten nie pozwolił. Później zwróciła się do tego Niemca i on ją puścił, ale dziecko musiała zostawić. Pamiętam też, jak matka prosiła o wodę do picia. Był chyba przed Zieleniakiem basen, taki przeciwpożarowy, ta woda zielona, brudna. Matce butelką jakoś udało się jej nabrać, chyba za zgodą Niemca. Zawinęła szyjkę butelki bandażem i próbowała moczyć usta, napić się troszeczkę. Paskudne to było.

Potem razem z siostrą, bratem, mamą i dalszą rodziną zostaliśmy wypędzeni do Pruszkowa. Kawałek drogi jechaliśmy koleją, a później jeszcze dochodziliśmy pieszo. Obóz w Pruszkowie widzę tylko tak jak przez mgłę – wielka hala, tłum ludzi, filary jakieś. Pamiętam, że selekcja odbywała się niemalże na samym początku, chyba 2 albo 3 dni po przybyciu. Już później siostry i brata nie widziałem, no i szwagra też. Szwagier, Ryszard Petersburski, mąż mojej siostry, został podczas selekcji zabrany do obozu, gdzie zginął. Dostaliśmy informację, że zmarł na serce. Oczywiście to nie było serce. Siostra i brat zostali wysłani na roboty do Niemiec, nie wiem gdzie dokładnie. Wrócili dopiero po wyzwoleniu. Brat gdzieś dalej był, a siostra niedaleko. Wiem, że pracowała w jakimś zakładzie, gdzie myła transformatory, musiała babrać się w tych płynach, które rozpuszczały brudy.

Mnie z mamą i córką brata, Danusią, kilka miesięcy starszą ode mnie, wywieźli do Nowego Chąśna, do chłopów. Odebrali nas gdzieś w okolicach Łowicza, zapamiętałem tylko tory kolejowe i taką skarpę, wie Pani, przez którą ta kolej dołem przechodziła i jakiś most. Zamieszkaliśmy u gospodarza w Nowym Chąśnie, Boczek Jan się nazywał, był sołtysem. Mama tam pracowała, w gospodarstwie pomagała latem i jesienią, natomiast zimą w budynku coś tam robiła. Ja się zajmowałem karmieniem królików, pilnowałem trochę gęsi. Takie były nasze zajęcia. Muszę powiedzieć, że dosyć przyzwoicie byliśmy traktowani. Tylko mama straciła jakąś kwotę pieniędzy, córka tych gospodarzy je podebrała, na ale to się zdarza, to było jeszcze dziecko. Z chwilą jak przeszedł front, pieszo do Warszawy wróciliśmy.  Pamiętam jeden taki, dla mnie drastyczny bym powiedział, moment – kiedy byliśmy w drodze na jakimś odkrytym terenie, w polu, zaczęły pojedynkować się dwa samoloty. Kule świstały, a my z matką uciekaliśmy i schowaliśmy się pod takim niedużym mostkiem. To pamiętam.

Państwo Boczek z córką. Zdjęcie przekazane na pamiątkę Helenie Milczarek. Fot. z pryw. arch.

Nie wróciliśmy już do swojego domu, został spalony, a my dostaliśmy przydział na mieszkanie przy Joteyki 8. To też jest na Ochocie, za kościołem Jakuba, przy placu Narutowicza. To było mieszkanie na parterze, taka kawalerka, w przedpokoju kuchnia stała, pokój w głębi po prawej stronie. Matka pracowała, a ja się, że tak powiem, szlajałem po tych gruzach i wyciągałem jakieś kawałki desek, żeby było czym palić i ogrzać się. Pamiętam, jak z jednego końca brałem deski, a z drugiego końca drugi taki nygus jak ja, mały, też coś kombinował i tak się patrzyliśmy na siebie z daleka. Na początku mieszkaliśmy tam z matką, potem zaczęła wracać rodzina. Nie wiem jakim cudem doszło do spotkania mojej matki z bratową, pewnie się szukały, dawały jakieś informacje. Bratowa się zatrzymała w Raszynie to znaczy na osiedlu Raszyn Nowe Grocholice. Zamieszkała w takim drewnianym budynku, gdzie wcześniej mieszkał Niemiec, który oczywiście nawiał. Później ściągnęła tam matkę. Chyba po roku wrócił brat, siostra wróciła wcześniej. Oboje wychudzeni trochę. Siostra w dość dobrym stanie, brat niestety przywiózł z sobą gruźlicę, którą jeszcze rozdzielił swojej córce i mi, tylko mnie bardziej, ale udało mi się jakoś z tego szybko wyjść. Jeszcze pamiętam, jak siostra targała mi jakiegoś konia na biegunach i motorówkę nakręcaną. Dzisiaj aż się dziwię, gdzie z Niemiec konia targać z sobą, to obłęd. Nie wiem, ja to chyba bym się nie zdobył na coś takiego, musiała mnie kochać.

Chyba nie powinienem dużo zapamiętać z tych czasów, bo przeżywałem to wszystko jako dziecko, ale ja uważam, że takie sceny utrwalają się. Do dziś do mnie wracają. Nieraz się śni mi się Zieleniak i przed oczami wiedzę moją siostrę siedząca tam w tych brudnych, męskich ubraniach.

Zdjęcie ślubne Heleny i Stanisława Miczarków, kwiecień 1939 r. Fot. z pryw. arch.
Od lewej w pierwszym rzędzie Danuta Tomczyńska, Helena i Stanisław Milczarek, w drugim rzędzie Janina i Jadwiga Tomczyńskie. Fot. z pryw. arch.
Na miejscu bloków stał dom państwa Milczarków. Fot. z pryw. arch.

 

Powiązane hasła

”None