menu

Wróbel Radomiła – Pomagali wszyscy

Wróbel Radomiła – Pomagali wszyscy

Radomiła Anna Wróbel, ur. ok. 1936 r., podczas okupacji mieszkała wraz z rodzicami w Pruszkowie przy ul. Szkolnej. Wybuch Powstania Warszawskiego zastał w stolicy, podczas odwiedzin u dziadków. Pognana w kierunku Pruszkowa, została oswobodzona przez grupę kolejarzy, dzięki czemu nie podzieliła losów warszawiaków więzionych w obozie Dulag 121. W swoich krótkich wspomnieniach Pani Radomiła opowiada o przeżyciach związanych z wypędzeniem ze stolicy, a także o pomocy okolicznej ludności oraz duchowieństwa na rzecz więźniów pruszkowskiego obozu.

1 sierpnia 1944 r. pożegnałyśmy się z tatą i wraz z mamą wybrałyśmy się z Pruszkowa do Warszawy do jej ojca. Mama była z nim umówiona, mieszkał przy ul. Ogrodowej. Zatrzymałyśmy się jednak u drugich dziadków na Pradze, a mama sama odwiedziła ojca następnego dnia rano. On tylko dał jej biżuterię, jakieś drobiazgi i powiedział, żebyśmy szybko wracały do Pruszkowa, bo tu zaraz będzie jakaś walka. Chciał, żebyśmy całe dotarły do domu. Ale niestety już nas zastała ta „awantura powstaniowa” i nie mogłyśmy wyjechać.  Niemcy zaczęli pędzić ludzi z Ochoty, z Woli prosto ulicą Okopową. Za plecami mieliśmy płonącą Warszawę. Miałam wtedy 8 lat.

W obozie przejściowym nie znalazłam się, ponieważ, po drodze, już w Pruszkowie, jacyś ludzie – to byli kolejarze z terenów warsztatów kolejowych, gdzie był obóz – wciągnęli mnie do pomieszczenia w baraku. W pomieszczeniu znajdowało się już kilkanaścioro dzieci. Tam dali nam pić, bo było bardzo gorąco. Dostaliśmy także koce na noc. Powiedziałam, że mieszkam w Pruszkowie, więc jakoś udało mi się stamtąd wyjść. Przeszłam ul. Długą na ul. Szkolną, gdzie mieszkaliśmy. Mama prawdopodobnie weszła do obozu, ale musiała się z kimś dogadać, bo na drugi dzień wróciła do domu. Akurat wtedy siedziałam przed domem. Opowiadała, że wszyscy leżeli na ziemi pokotem. To były gołe hale, bez zorganizowanych łóżek. Jedyne, co tam stało, to maszyny. Jak to w warsztatach kolejowych. Wszystkie osoby, które umiały robić zastrzyki mogły wyjść z obozu i pomagać. W tym właśnie mama. 

Pomoc warszawiakom była dobrze zorganizowana – żywność, koce, leki, napoje, chleb. Ludzie cały czas coś podrzucali do obozu. Dzieli się tym, co mieli. Żywność można było przekazywać tylko dzięki uprzejmości kolejarzy. Zwykli ludzie nie mieli wstępu na teren obozu, Niemcy nieustannie stróżowali. Kolejarze bardzo pomagali. Zawsze. Bez przekupywania.

W pierwszym odruchu ludziom zapędzonym do obozu pomagali wszyscy. Także księża – ks. Kamiński, ks. Bujalski. Najwięcej pomocy udzielali księża Pallotyni z Ołtarzewa. Przychodzili do Pruszkowa, starali się wejść do obozu. Mówili strażnikom, że muszą dać Polakom ostatnie namaszczenie, a przy okazji wyprowadzali ludzi albo dawali ubrania do zamiany. Ci, którzy wyszli z obozu opowiadali o ogromnej pomocy legendarnego księdza Tyszko.

Udało się wyciągnąć bardzo dużo osób, którzy szli potem do Milanówka, Komorowa. Najgorsi byli Ukraińcy, którzy pilnowali porządku w obozie. Byli szczególnie brutalni. Jak ktoś zasłabł, od razu dostawał od nich kolbami. Z czasem ludzie zaczęli brać pieniądze od osób, które wyprowadzali.

Myśmy po jakimś czasie też już nie mieli pieniędzy, byliśmy bez niczego. Mama zaczęła chodzić po okolicznych wioskach, żeby zdobyć coś do jedzenia. W Konotopie za swoją obrączkę dostała wiaderko kartofli.

My, dzieci, chodziliśmy pod obóz obserwować, co się tam dzieje. Ja, jako dziecko, patrząc na Niemców i obóz, strasznie się bałam, co będzie z nami. Mój tata kapralem AK u pułkownika „Radosława” [Jana Mazurkiewicza – przyp. red.]. Pewnego dnia mama dowiedziała się, że była zasadzka i tata zginął…

Powiązane hasła

”None